000160a |
Previous | 6 of 8 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
liJS7 imSC2SI
~S&lmWKi?fMttió:
'ZWIĄZKOWIEC" MAJ (Miy) Sobot 7 — 1960
STR 6
}!'
IV41
ł
'?- -:
1 M
rf£i
Jerzy Seweryn Rairburo
(COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC")
przeszedł się spacerowym krokiem w
kierunku wiaduktu na Towarowej po-stał
przez chwilę obserwując bezładny
ruch uliczny i postanowił sprawdzić dla
świętego spokoju czy aby Wojtczak nie
wrócił Powoli krok za krokiem wszedł
na szóste piętro zapukał do drzwi od-czekał
chwilę i przekonał się ostatecz-nie
ze Wojtczaka nie ma i ze dalsze
oczekiwanie pozbawione jest sensu
Nie śpieszyło mu się nigdzie Na plac
Unii wyruszył pieszo bocznymi innymi
ulicami których jeszcze nie widział —
Filtrową 6 sierpnia Polna Szedł powo-li
nadsłuchując odgłosu własnych kro-ków
rad z odludzia i z tego że tak ci-cho
i szybko zapada ciemność Na rogu
Polnej i 'Mokotowskiej przysiadł na stop-niu
ruin kawiarni Lardellego na skraju
pola Mokotowskiego pustego milczące-go
i mglistego jak morze
Tak samo niespełna trzy tygodnie
lemu siedział na ławce na bulwarze pod
Kamienną Górą w Gdyni pierwszego wie-czora
po przyjeździe do kraju na kilka
"godzin przed odjazdem pociągu do War-szawy
Po sztormowych dniach morze u-cic- hlo
zeszkliło się i leżało teraz przed
'nim równą milczącą płaszczyzną zanu-rzoną
w widmowy horyzont — bezdźwię-czne
i tajemnicze Daleko w mglistej
'głębi jarzyły się światła parowców Sie-"dzi- ał
odrętwiały i pogrążony w ciemne
obszary niewiadomego dręczony głuchą
''tajemnicą: jaka la Warszawa? — i jesz-cze
gluchszą: co z Barbarą?
4 I w pewnej chwili wiedziony jakimś
'dawnym impulsem pomyślał: — po-yr62- o
„' Zakreślił spojrzeniem łuk horyzontu
ł zaczął od prawej licząc światła parow-ców:
— żyje? — nie żyje? — żyje? —
nie żyje? Świateł było wiele Liczył
róraz bardziej przejęty wzrastającym
niepokojem Pcnsjonarska zabawa w "ko-cha
nie kocha" zatracała sens naiwnej
'wróżby i 'stawała się' jakąś mroczną kaba-łą
zuchwałym wyzywaniem tajemnic lo-'- mi
Uczuł się wobec ogromu — ogromu
"1'atum wielkiego jak morze U końca
"kabały leżało — życie lub śmierć Od
morza wionęło zimnym powiewem Wło-sy
7Jeżyły mu się pod tym tchnieniem
mglistej otchłani chciał przerwać to wy-zywanie
tajemnic losów człowieczych a- -
Sr ltr"r"rMT—r" 1 V p W P tógggggysgrgff???rsff
Mackiewicz [!]] Droga Donikąd
zastrzeżone U
W tej chwili po drodze zadudniła cię-żarówka
NKGB która pierwsza przed
świtem jeszcze zawitała do okolicy po
rodzinę Rukowskich i ich sąsiada Witol-da
z Wyskont Wszystko odbyło się ściśle
według przepisów instrukcji towarzysza
Sierowa Na jeden i ten sam wóz zała-dowano
Rukowskiego który dostarczył
wszystkie ziarno dla rządu i Witolda
sąsiada który nie dostarczył ani jedne-go
kilograma Załadowano też Józia Ru-kowskiego
któremu się tyle rzeczy w
nowym ustroju i jego matkę
i starszą siostrę Załadowano całą rodzi-nę
Witolda żonę dwie córki
został spisany a deportowanym pozwolo-no
zabrać kilka tobołów naprędce spako-wanych
drżącymi ze strachu rękami
Nikt nie płakał razy agent NKGB
-- starszy grupy zawołał: "No prędzej
prędzej" ale też bez zbytniej gorliwoś-ci
i bardziej aby uczynić z formalnego
brzmienia swego głosu względnie dla po-krzepienia
własnego autorytetu niżli z
istotnej potrzeby
Ciężarówka koloru kurzu biegła
po szosie zbliżała się można już było
rozpoznać sterczące z niej dwa cztero-granias- te
bagnety na karabinach Mar-ta
zaciskała w rękach sztachety swej
zagrody jakby się nie chciała dać niko-mu
oderwać Poznała Rukowski siedział
na z głową opuszczoną w let-niej
czapce z daszkiem zsunietvm na
oczy pośrodku żona Witolda ponura i
zgarbiona córka Rukowskiego leżała bo-kiem
na jakimś worku i dwoma rękami
''zawiązywała w tej chwili końce chustki
lna głowie Żołnierze na końcu piat for-tn- y usiłowali mimo pędu zapalić papie--
rosy trzymając karabiny między noga-mi
— Minęli Martę Pióropusz kurzu
uderzył w nią przesłonił widok całkowi-c- e
Zmrużyła oczy ale patrzyła ciągle
Coraz dalej coraz dalej biegnie kurz
śmiesznie tak jak pies zarzuca-jac- y
tylnymi łapami słaby wiatr zwiewa
7go-"h- a pole koniczyn}' znikną na
''zakręcie ZniknęlL Odcięta postać "ku-rzu
jak błędna dusza zawisła bezmyślnie
nad pustą drogą i Marta czekała aż się
rozwieje ostatecznie Rozwiała się Wte-d- y
odeszła od furtki i stanęła pośrodku
podwórka z opuszczonymi rękami
Siwa pliszka biegła po szczycie da- -
32
le był już u końca łańcucha świateł i
nie mógł oprzeć się nieodpartemu naka
zowi liczenia do końca Liczył juz teraz
na głos wywołując- -
— żyje' — me żyje' — żyje' —
nie żyje'
Serce mu lodowaciało i kamieniało
a liczył: żyje? nie żyje? Jeszcze jeszcze
jeszcze Ostatnie światło było: — żyje
Westchnął wtedy głęboko sam nie
wiedząc — z ulgą czy udręką Jeszcze
przesiedział przez chwilę nieruchomo
nadsłuchując ciszy i szelestu szemrzącej
na piasku wody odliczającej rytmicznie
nieziemski nietutejszy bieg sekund Po-tem
wstał — no czas na dworzec W
pociągu w Warszawie zapomniał zupeł-nie
o tamtej dziwacznej kabale nad mo-rzem
Przypomniała mu się teraz A
więc — sprawdziło się
Ten fragment pola Mokotowskiego
jaki miał teraz przed oczami był łudzą-co
podobny do tamtego fragmentu wi-dzianego
z bulwaru pod Kamienną Górą
Szara płaszczyzna się w nicość
przytłoczona niskim masywem chmur
i na prawo u jej kresu rząd świateł na
Wawelskiej czy w domkach fińskich tak
samo migotliwy i daleki Nieruchome
powietrze nasycone było zapachem jak
wtedy — wilgocią chłodem i stęchlizna
Tknięty dziwnym skojarzeniem wspom-nień
pomyślał: jowróżę
Rząd świateł był długi Liczył od
prawego poczynając: kłamie? — nie kła-mie?
— kłamie' — nie kłamie?
1 tak samo jak wtedy serce zaczyna-ło
mu lodowacieć Tak samo jak wte
dy chciał przerwać to zuchwałe wyzywa-nie
lecz wleczony tą samą nieodparta
silą liczył już na glos:
— Kłamie? — nie kłamie? — kła
mie? — nie kłamie?
Już zbliżał się coraz wolniej z zapar--
tvm tchem ku końcowi świetlnego łań-cucha
'Może siedem jeszcze może —
sześć Jeszcze sekunda i — raptownie
wszystko zapadło się w mrok Przestało
istnieć tak nagle ze w pierwszym ułam-ku
sekundy Mokrzycki pomyślał że o-śl- epl Zatchnąl się na pierwszej sylabie
— kła Lecz w drugim ułamku zrozu-miał
że w tej dzielnicy zgasło światło
Najzwyklejsza prerwa prądu Gdyby za
Józef 61
111 :
Wszystkie prawa autorskie
podobało
Dobytek
Dwa
teraz
przodzie
bokiem
zaraz
zapadała
chu trzęsąc ogonkiem Robiła gwałtow-ny
ruch w bok chwytała muchę i biegła
dalej
Marta szepnęła: "Boże Boże" po-dobnie
jak to przed chwilą szeptała Ma-nia
i jak od wieków przed nimi i wie-ki
jeszcze po nich szeptać będą miliony
ludzi w rozmaitych okolicznościach nie
pomni przykazania aby imienia bożego
nie wzywać nadaremnie!
Straszna wieść rozbiegła się z niespo-dziewaną
szbkością Zanim jeszcze wcze-snym
południem podwiązano koniom o-br- ok
w torbach na przerwę obiadową
wiedzieli już o niej wszyscy furmani i
wszyscy robotnicy zajęci przy budowie
lotniska Wiedziało miasto i wieś Chło-pi
jadący traktem i pasażerowie w po-ciągach
Od Zatoki Fińskiej poprzez kra-je
Estonii Łotwy i Litwy aż het po
lasy białoruskie z tamtej strony górnego
Niemna nie mówiono o tym zdarzeniu
jak tylko: "Wywożą ludzi" Nikt nie
precyzował ich przynależności socjalnej
czy politycznej wszyscy mówili po pro-stu:
"ludzi"! Może dlatego że w gaze-tach
tego ranka brakło właściwego ko-mentarza
politycznego i nie było na ten
temat ani jednego słowa — Pawłowi
zaraz rano gdy przywiózł podkłady po-wiedział
człowiek który je przyjmował
i liczył na miejscu Pierwsza uzyskana
w ten sposób wiadomość nie była ścisła
Robotnik mówił że na razie wywożą je-dynie
z miasta
— A ze wsi?
— Nie słychać było
Praca szła wokół normalnie Jej mia-rowy
wielostronny gwar zagłuszał ja-kiekolwiek
szepty między ludźmi
— No i co będzie? — spytał Paweł
mimo woli
— Dziś narodził się czy co — odbur-knął
robotnik
W oierwszei chwili Paweł chciał cnać
do domu bez jakiejkolwiek z góry po-wziet- ei
decyzii alp wvnhra7ił snhip cn~
dżiny oczekiwania w bezradnym strachu
i nade wszystko ciążącej niepewności
więc zmienił zamiar Dotychczas wiado-mo
było tylko że "wywożą ludzi" ale
tego mało jeszcze trzeba się dowiedzieć
upewnić jak co i kogo? Może istotnie
deDortacia nie dotvczv mieszkańców wsi?
Może we wszystkim "jest trochę jak to
czął liczyć o dwie sekundy wcześniej —
zdazvłby I wiedział
'Pole zanurzało się w coraz głębszy
rnrok Bezgwiezdne chmurne niebo poło-żyło
się na płask na ziemię Od Politech-niki
jechały ciężarówki i powietrze za-drgało
od "łomotów i zgrzytów Kłęby
benzynowego czadu przewiały nad ulicą
Odczekał az przejad"a i wstał No czas
do domu — pomyślał
I jeszcze: — a jeżeli los powiedział
mu wiedy ze żyje więc po co ta ironia
teraz?
Dlaczego? Dlaczego gdy ta tajemnica
jest ważniejsza niz tamta wtedy Mniej
dręczyło go — żyje czy nie żyje? — niż
teraźniejsze: kłamie czy nie kłamie
Wtedy nienawidził a teraz tak bardzo
tak okropnie tak nieludzko — kochał
I łatwiej" by mu przeszła jej śmierć
wtedy niż teraz kłamstwo Łatwic
Po omacku przebrnął przez gruzowi-sko
podwórza wykręcając nogi po po-gruchotanych
cegłach W posępnej ciszy
słychać było wyraźnie szelest spadają-cych
w piwnicy kropel odmierzających
w wielkiej klepsydrze nieziemski nietu-tejszy
bieg sekund
Juz w bramie na drugim podwórku
posłyszał głośny gwar dobiegający z ich
mieszkania A wchodząc na schody zo-rientował
się ze to gwar pijacki
— Znów wódka — pomyślał z pasja
i obrzydzeniem — do licha co w tej
Warszawie dzieje sie? Chlają w światek
i piątek Powarjowali czy co? W świątek
i piątek
Przystanął przed drzwiami Z gwaru
kilku głosów doleciało Kowalezjkowe:
— "A ja powiadam że jak ojca poczu-je
sam powie "
Zacisnął pięści A może by tak dość
tego bajdurzenia?
Kotłowało sie w nim wszystko gdy
przestępował próg w dym zamęt i gwar
— "żydowski autobus do jasnej chole-ry
— pomyślał skąd ich tu tyle'" Po-żałował
że nie cofnął się ze schodów
lecz teraz było już za późno Powitano
go gremialnym "A-a-- a nareszcie"
(Pierwsze co zauważył: jedna litrowa bu-telka
już wypróżniona druga — do po-łowy
Nieźle jak na trzy kobiety i dwóch
mężczyzn) Irusia i Barbara z gorącymi
wypiekami na twarzy Kowalczyk ze
zmierzwionym spoconym łbem Kędzier-ski
Jeszcze jakaś — zielonooka bardzo
ładna z soczystymi ustami talią "osy"
i spojrzeniem łobuza Iza i Marek spali
skuleni pod kocem na łóżku za kreden-sikie- m
jedynie przytomny czuwał tylko
Andrzejek
Witał się ze wszystkimi Okazało się
zo Kędzierski otrzymał dziś łapówkę:
litr od jakiegoś piaskarza Ponieważ miał
pewien przegrany do Kowalczyka zakład
przyszedł z tym litrem tu a gdy wypili
okazało się że Kowalczyk ma pod łóż-kiem
yeszcze jedną litrową butelkę za- dekowana na imieniny Andrzeja Ponie-waż
orzekli że za długo na to czekać
bywa przesady? Może Zawsze iakaś
nadzieja i ciągle nadzieja! Po wyładowa
niu zatem podkładów wyjeżdżając na
drogę pociągnął nie lewą a prawa łej-cązaci- ąl batem i podążył do miasta
Do tradycji miasta sietraiacoi ehvhn
odległych wieków przywiązany był u- -
rząa ranarza magistrackiego którego za-- i
ówno obowiązkiem jak przywilejem by-ło
wyłapywanie z ulic — wałęsających
się i bezdomnych psów Wyjeżdżał on ra miasto jednokonnym wózkiem w
kształcie malej platformy do której przy-mocowana
była z góry klatka o żelaznych
prętach Bokami szło dwóch czeladników-oprawcó- w
zaopatrzonych w długie kije
z pętlą na końcu na którą łapali przy- godnego psa a następnie drżącego że
strachu wrzucali do wózka i' pochód
posuwał się dalej Cala ta procedura
sprawiała wrażenie niemiłe nieestetycz-ne
można było by zaryzykować twier-dzenie
że wręcz przykre Żałosne skom-lenie
złapanego psa przechodziło nieraz
w zawodzenie podobne do płaczu skrzyw-dzonego
dziecka Dochodziło też do scen
brutalnych Od niepamiętnych tedy cza-sów
wydany był surowy nakaz dla raka-rza
ażeby możliwie niezadługo po świ-cie
zakańczał swój proceder i zjeżdżał r ulic a już w każdym wypadku przed
ranną godziną o której młodzież szkol-na
wysypuje się z domów do szkół aby
zaoszczędzić jej gorszącego widoku ła-panych
psów W gruncie rzeczy psom
tym nie działa się wielka krzywda Ra-karz
zdawał sobie sprawę że wykup jaki
pobierał od właścicieli złapanych psów
wynosił więcej niżby mógł uzyskać za
skórę lub tłuszcz Niewykupione zatrzy-mywał
po prostu na sprzedaż i tylko nie-liczne
bywały unicestwiono Wu-rin- ii n
tym dobrze mieszkańcy miasta ale wi- - cocznie iezao juz coś w naturze ludzkiej
co buntowało sie Drzeeiwk-- n hnitaini
przemocy nad bezbronnymi zwierzętami
bo protesty i wynikające z nich "awa-ntury
stały się równie zadawnioną trady-cją
miasta jak sam urząd rnkiriki Pa
rwdeył pkaromcizęątcał boydwadłoziecdkra st7eVrHin- c- yde-- nty vtv-kał
klatkę hyclowTską zapóżnioną na uli-cy
wbrew przepisom policyjnym"
W sobotę 14 czerwca 1941 roku gdy
szedł ulicami tego samego miasta był
jasny słoneczny dzień i akca deporta- cji "rozpoczęta Drzez organy Yłrrn -- ?- cie była jeszcze w pełnym toku Płaskie
ciężarówki sowieckiej produkcji stały po- jedynczo i szeregami przed kompleksami
kamienic lub iechah- - w rńno tmnv
Brano nie włóczęgów bezdomnych "a
przeciwnie: ludzi przeważnie dawno 'za-domowionych
brano do więzień kator-gi
obozów na zsyłkę lub śmierć i żaden
od marca do listopada — odkorkowali
1 tę drugą Okazało się dalej ze soczysta
dziewoja to koleżanka Barbary Ewa
Razem pracują w barze i Ewa wpadła
właśnie dowiedzieć się dlaczego już od
dwóch tygodni Barbara nie przychodzi
jdo pracy Stara pani Kornaś pieni się
i grozi ze odbierze zaliczkę od BarDary
przez milicję albo Ube
Mokrzycki rozebrał się i usiadł roz-wścieczony
przy stole Ewa przykleiła
się natychmiast — "karnego" Ciężki
dym tytoniu nieznośnie gryzł w oczy
Irusia przysunęła czysty talerzyk dla
Mokrzyckiego i jakieś nędzne przekąski:
parę plasterków salcesonu ogórek i o-twa- rtą
unrowską puszkę z łojowatą "tu-szonk- ą"
Mierziło go — i to towarzystwo
i wrzask ryki Kowalczyka i wódczane
opary Mierziła buszująca Ewa rozkosz-na
i gotowa na wszystko byle prędko i
dużo Karnego! Wiedział że się nie opę-dzi
Nie zdążył jeszcze odsapnąć po wej-ściu
a juz w trzech haustach wychylił
pół kubka wódki Celowo nie przekąsił
— niech juz prędzej dopędzi pijacką
temperaturę! Zapalił tylko papierosa
— "O tak to rozumiem — entuzjazmo-wała
sie Ewa — od razu widać ze praw-dziwy
mężczyzna" Ręka jej pod stołem
już opierała się o jego kolano mocno i
żarłocznie Kowalczyk szybko nalewał na-stępną
kolejkę przekrzykuąc szumną
zawiłą dyskusję Irusi z Kędzierskim po-przez
stół na swój temat
— a ja powiadam: jak dziecko po-czuje
ojca samo powie
Mokrzycki nie wytrzymał Alkohol
jeszcze nie doszedł mu do mózgu i nie
zagłuszył złości Niespodziewanie sam
dla siebie rąbnął na odlew pięścią w blat
stołu aż brzękło — Dosyć! —wrzasnął
Przycichło nagle tylko Ewa pisnęła
"ach" gdyż uderzając w stół niechcący
przycisnął kolanem jej rękę — Co ty
wyprawiasz! — zawołała Barbara nie
wiadomo do kogo Zmitygował się istot-nie
to było trochę karczemne Ładny
gospodarz!
— Dosyć powiedział spokojniej —
po co pan Kowalczyk wciąż w kółko to
samo? Słyszeliśmy to nie raz
— Leon ma racje ale — zaczął
Kędzierski lecz Kowalczyk podchwycił
ton Mokrzyckiego — "Faktycznie! Jest
o czym mówić kiedy kieliszki nalane!?
No — lu Basiu Siup! Ale Basieńko
akaż ty śliczna dzisiaj "Sto lat sto
lat " — ryknął
"Sto lat sto iat " — zdumiewającym
czystym kontraltem podchwyciła w lot
Ewa Zdumiewający przepiękny glos
wybuchł tak niespodziewanie że Mo-krzycki
aż drgnął ogarnięty nagłym pło-mieniem
Mrowie przebiegło mu po ple-cach
Podniosła kieliszek w kierunku Bar-bary
— " niech żyje żyje nam —
podchwycili Kędzierski i Irusia zestro-jeni
w dwugłos — " żyje nam " —
zagrzmiał Kowalczyk spóźniony o ćwierć
taktu Głos Ewy zagarnął wszystkich
wykup za żadne pieniądze nie mógł
wchodzić w rachubę brano nie kilku czy
kilkunastu ale od razu tysiące brano
otwarcie na oczach całego miasta Bra-no
nie psów! Przeciwnie brano ludzi
I oto nikt nie protestował nie krzyczał
nie awanturował się nie bronił nie wy-zwalała
nie wyprażał pięściami Nawet
nikt nie skomlił Miasto z wyższego na-kazu
miało nie przerywać codziennej
pracy i ludzie którzy pozostawali lubo
niewiedzieli czy jutro jeszcze pozostaną
szli prędko chodnikiem nie zatrzymując
się odwracając oczy Panowała cisza i
spokój
Zabierano tylko z domów w wyjątko-wych
wypadkach z miejsc pracy prawie
nigdy z miejsc publicznych Po głównej
ulicy przezwanej obecnie Prospektem
Lenina toczyły się w obydwu kierun-kach
ciężarówki ładowne ludźmi Zajeż-dżano
do jednego domu zabierano ro-dzinę
figurującą na spisie ewidencyjnym
NKGB i jechano pod nowy adres W ten
sposób niektórzy z wcześniej aresztowa-nych
krążyli po mieście tam i sam w
ciągu kilku godzin mijali się nawzajem
znowu jechali Widziało się znajomych
bliższych dalszych krewnych czasem
W pewnym momencie na jednej' z
takich ciężarówek w samym iei końcu
Paweł dojrzał wystająca ponad bokówkę
postać Łaszowskiego On ojciec stara
matka i żona z córeczkami Stary włożył
futro choć było lato Syn patrzał przed
siebie w plecy siedzącego przed nim nie-znajomego
Patrząc w ten sposób musiał
nie widzieć nic Było w wyrazie jego
twarzy coś ze skamieniałego zdumienia
Przejeżdżali właśnie w chwili gdy Paweł
równie zdumiony stanął u wejścia ka-wiarni
w której tak niedawno jeszcze ro-zmawiał
z Łaszowskim Później wszedł
do środka bo zobaczył reżysera siedzą-cego
przy stoliku kolo okna Nie widzie-li
się od czasu gdy jeszcze namawiał Pa-wła
do współpracy w teatrze Teraz nie
witając się wyciągnął rękę wskazując na-stępną
ciężarówkę jadącą w przeciwnym
kierunku na której siedziało dwóch ucz-riakó- w a trzeci stał
— To jest syn tych Jakże oni Za-raz
sobie przypomnę nazwisko Odwró-cił
twarz marszcząc czoło i jął nerwowo
mieszać w filiżance łyżeczką — No na
ulicy Zamkowej mieszkają Zaraz!
— Niech pan nie miesza i tak bez
cukru — odezwała się kelnerka
Spojrzał na nią z roztargnieniem
mieszał dalei i nie móel sohip nm-nn- m n'eć Paweł przysiadł się doń też nie
witając się i uważał to czemuś za natu-raln- p ink i fr tp t-pK--
cat- hł 41o nnn
ny i miał krzywo zawiązany krawat
— Czy wie pan kogo jeszcze ze zna-jomych?
— spytał
DENTYŚCI
Dr Władysława
SADAUSKAS
LEKARZ DENTYSTA
(drugi dom od Roncesalles)
Przyjmuje za uprzednim telefo- -
"nicznm porozumieniem
Telefon LE 14250
129 Grenadier Rd S
DR T L GRANOWSKI
DENTYSTA CHIRURG
Mówi po polsku
514 Dundas Sł W — Toronto
Ttl EM 8-90-
38
1 t
DR W W SYDORUK
DENTYSTA
Przyjmuje po uprzednim telefonicz-ni
m porozumieniu
60 Roncesvalles Ave Toronto
Tel LE 5-36-
88
1 P
Dr V JiNDRA
LEKARZ DENTYSTA
zawiadamia pacjentów dr Więckow-skiego
o przyjęciu praktyki na
310 Bloor Sł W Tel WA 20844
Wizyty za uprzednim porozumieniem
telefoniczni m 49P
Lunsky
WA 1-3- 924
3
ssWsasŁLTa?!!
Dr jur
J K
Wizy —
itd
JIŁ
BIURO TŁUMACZEK
MICHALSKI
Paszporty
Emigracja
57 OUEEN ST W EM gW
(kołoBay) pok308 Teren}1
OKULIŚCI
i
OK'ULISTA"
O
1 i!
—
S BR0G0WSKI Qr
420 Roncesvlle$ Avi ] (blisko Howard Pul)
Godtezlienfyonpicrzznyyjęmć opdoro10z—um6iMenieMm „
Tel LE M251 - CL Uo
OKULISTKA
J T SZYDŁOWSKA
OO F10JL cBpoaadsdozawineiynewniaeonclzeoud 1d"0-oc-b7oinetraascontbieotylseznk„sleej!1" t ? w inni eh godzinach za uprAS
porozumieniem
1063 Bloor S West LE J-W-H
(róg llaelock) 5&v Okulista
470 College
Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defe-któw
wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku
Lach Chiropracłic Clinic
Stanisław J Lach DC Władysław J Lach ' DC
DOKTORZY CHIROPRAKTYKI
prześwietlenia
124 Roncesvalles Ave — Toronto — LE 51211
Łuck Chiropracłic Clinic
BRACIA ŁUKOWSCY
DOKTORZY CHIROPRAKTYH
Specjaliści w leczeniu artretyzm'' rcumatyimii
polio liimbaeo sj'i?{tiv dttfeKwosci muskułów
i stawów oraz zasilania l normowania całego
organizmu — A-ita- y prześwietlenia
1848 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL W259
140 CHURCH ST ST CATHARINES TEL MU 4-3-
11
1P
LANDIS PHARMACY
462 Queen Sł W Toronto EM 8-21-
29
Nasza apteka lo wasz punkt gdzie znajdziecie poradę w zakupie
różnych witamin i lekarstw waszego zdrowia Kwalifikowany
aptekarz jest zawsze waszych usług w sprawie wysjłek l-ekarstw
do Europy Lekarstwa najwyższej jakości i świeżości po
cenach najniższych Gwarantujemy dokładna poradę w wjbora
kosmetyków Obsłużymy was w waszym ojczystym jęzjku
30 F
APTEKA GARDIAITA
Właściciel Tadeusz Gardian
Najstarsza polska apteka w Toronto
Wykonujemy recepty ze wszystkich krajów
Zamówienia wysyłamy natychmiast
Piszcie telefonujcie lub zgłaszajcie się osobiście
Popierajcie polska aptekę
WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POLSKI
I INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DO USSR
297 Roncesvalles Ave Tel LE 6-30-
03
TORONTO ONT
Si
RO
dla
dla
RATUJCIE WASZE ZDROWIE LEKARSTWAMI
ROŚLINNYMI
Misjonarz w Abitibl uratował tysiące ludzi z clęłUch
chorób pr?y pomocy prawdziwjch lekarstw rolinncn
Piszcie z catjm zaufaniem co Wam dolega 1 polecajcie
nas swoim znajonim Ceny umiarkowane
Adres: Les Remedes du Pere
Box 1360 Amos Oue Canada
E
uwaga! M C Skin Oinłmenł uwaim
"Skórną maść" najnowszego patentu M C używa sie do leczenia 8°
ostrych 1 ehroniczmch oraz wszelkiego rodzaiu egzem 1 liszajów J
wnież podobnj eh schoreet skórnych- - Skórne choroby jak eB"™- -
wysypki skórne Morę niepokoją i męczą ludzi czasem całymi frtti pują nybko po użyciu powyższej maści "M C Skin Ointment
I PTzesyłką pocztową $2 50
Maść tę wyrabia Mrs M Czulińsld wytwórnia skórnych m5a
"M C SKIN OINTMENT"
M C CORN OINTMENT
Mamy również M C maść przeciw odciskom 1 leczeniu brodawek C
M C maść skórna 1 M C maść na odciski są najskuteczniejsze J"'c
znaleźć na rynku kanadyjskim ct hj żądajcie w swoich aptekach w razie nieotrzymania proszę Vc
średnio do producenta: i wim
M Czuliński 25? Rusholme Rd Toronło Ont Tel LE -- S8M P ""ijŁł
tauc mc£iuuvtuicuia Z Tul' a my })lIUi1U4c Hu IJŁW""""
W
P
na
PŁOMIEŃ PRZY STOLE
i
a
vt
dania przygotowane przez kuchmistrza d Jose C j
Krewetki smażone z sherrv homary Cardinal sos z rze J
stejk cielęcina Scalopinni smażone nerki cielęce u jj
pieczone ananasy itd
orkiestry:
ze śpiewem
Missienaire
Wspaniale
BURGUNDY ROOM (Resfauraci) ?
RA1NBOW ROOM - kw J
CONTINENTAL ROOM (Dancing i
ST REGIS HOTEL i
SHERBOURNE prry CARLTON — TORONTO — WA i- -j
'"-'-i-Ar)- — ły-w-Tj-
-o— ii-- %i ii r- - ssssssj
a
2
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, May 07, 1960 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1960-05-07 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000406 |
Description
| Title | 000160a |
| OCR text | liJS7 imSC2SI ~S&lmWKi?fMttió: 'ZWIĄZKOWIEC" MAJ (Miy) Sobot 7 — 1960 STR 6 }!' IV41 ł '?- -: 1 M rf£i Jerzy Seweryn Rairburo (COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC") przeszedł się spacerowym krokiem w kierunku wiaduktu na Towarowej po-stał przez chwilę obserwując bezładny ruch uliczny i postanowił sprawdzić dla świętego spokoju czy aby Wojtczak nie wrócił Powoli krok za krokiem wszedł na szóste piętro zapukał do drzwi od-czekał chwilę i przekonał się ostatecz-nie ze Wojtczaka nie ma i ze dalsze oczekiwanie pozbawione jest sensu Nie śpieszyło mu się nigdzie Na plac Unii wyruszył pieszo bocznymi innymi ulicami których jeszcze nie widział — Filtrową 6 sierpnia Polna Szedł powo-li nadsłuchując odgłosu własnych kro-ków rad z odludzia i z tego że tak ci-cho i szybko zapada ciemność Na rogu Polnej i 'Mokotowskiej przysiadł na stop-niu ruin kawiarni Lardellego na skraju pola Mokotowskiego pustego milczące-go i mglistego jak morze Tak samo niespełna trzy tygodnie lemu siedział na ławce na bulwarze pod Kamienną Górą w Gdyni pierwszego wie-czora po przyjeździe do kraju na kilka "godzin przed odjazdem pociągu do War-szawy Po sztormowych dniach morze u-cic- hlo zeszkliło się i leżało teraz przed 'nim równą milczącą płaszczyzną zanu-rzoną w widmowy horyzont — bezdźwię-czne i tajemnicze Daleko w mglistej 'głębi jarzyły się światła parowców Sie-"dzi- ał odrętwiały i pogrążony w ciemne obszary niewiadomego dręczony głuchą ''tajemnicą: jaka la Warszawa? — i jesz-cze gluchszą: co z Barbarą? 4 I w pewnej chwili wiedziony jakimś 'dawnym impulsem pomyślał: — po-yr62- o „' Zakreślił spojrzeniem łuk horyzontu ł zaczął od prawej licząc światła parow-ców: — żyje? — nie żyje? — żyje? — nie żyje? Świateł było wiele Liczył róraz bardziej przejęty wzrastającym niepokojem Pcnsjonarska zabawa w "ko-cha nie kocha" zatracała sens naiwnej 'wróżby i 'stawała się' jakąś mroczną kaba-łą zuchwałym wyzywaniem tajemnic lo-'- mi Uczuł się wobec ogromu — ogromu "1'atum wielkiego jak morze U końca "kabały leżało — życie lub śmierć Od morza wionęło zimnym powiewem Wło-sy 7Jeżyły mu się pod tym tchnieniem mglistej otchłani chciał przerwać to wy-zywanie tajemnic losów człowieczych a- - Sr ltr"r"rMT—r" 1 V p W P tógggggysgrgff???rsff Mackiewicz [!]] Droga Donikąd zastrzeżone U W tej chwili po drodze zadudniła cię-żarówka NKGB która pierwsza przed świtem jeszcze zawitała do okolicy po rodzinę Rukowskich i ich sąsiada Witol-da z Wyskont Wszystko odbyło się ściśle według przepisów instrukcji towarzysza Sierowa Na jeden i ten sam wóz zała-dowano Rukowskiego który dostarczył wszystkie ziarno dla rządu i Witolda sąsiada który nie dostarczył ani jedne-go kilograma Załadowano też Józia Ru-kowskiego któremu się tyle rzeczy w nowym ustroju i jego matkę i starszą siostrę Załadowano całą rodzi-nę Witolda żonę dwie córki został spisany a deportowanym pozwolo-no zabrać kilka tobołów naprędce spako-wanych drżącymi ze strachu rękami Nikt nie płakał razy agent NKGB -- starszy grupy zawołał: "No prędzej prędzej" ale też bez zbytniej gorliwoś-ci i bardziej aby uczynić z formalnego brzmienia swego głosu względnie dla po-krzepienia własnego autorytetu niżli z istotnej potrzeby Ciężarówka koloru kurzu biegła po szosie zbliżała się można już było rozpoznać sterczące z niej dwa cztero-granias- te bagnety na karabinach Mar-ta zaciskała w rękach sztachety swej zagrody jakby się nie chciała dać niko-mu oderwać Poznała Rukowski siedział na z głową opuszczoną w let-niej czapce z daszkiem zsunietvm na oczy pośrodku żona Witolda ponura i zgarbiona córka Rukowskiego leżała bo-kiem na jakimś worku i dwoma rękami ''zawiązywała w tej chwili końce chustki lna głowie Żołnierze na końcu piat for-tn- y usiłowali mimo pędu zapalić papie-- rosy trzymając karabiny między noga-mi — Minęli Martę Pióropusz kurzu uderzył w nią przesłonił widok całkowi-c- e Zmrużyła oczy ale patrzyła ciągle Coraz dalej coraz dalej biegnie kurz śmiesznie tak jak pies zarzuca-jac- y tylnymi łapami słaby wiatr zwiewa 7go-"h- a pole koniczyn}' znikną na ''zakręcie ZniknęlL Odcięta postać "ku-rzu jak błędna dusza zawisła bezmyślnie nad pustą drogą i Marta czekała aż się rozwieje ostatecznie Rozwiała się Wte-d- y odeszła od furtki i stanęła pośrodku podwórka z opuszczonymi rękami Siwa pliszka biegła po szczycie da- - 32 le był już u końca łańcucha świateł i nie mógł oprzeć się nieodpartemu naka zowi liczenia do końca Liczył juz teraz na głos wywołując- - — żyje' — me żyje' — żyje' — nie żyje' Serce mu lodowaciało i kamieniało a liczył: żyje? nie żyje? Jeszcze jeszcze jeszcze Ostatnie światło było: — żyje Westchnął wtedy głęboko sam nie wiedząc — z ulgą czy udręką Jeszcze przesiedział przez chwilę nieruchomo nadsłuchując ciszy i szelestu szemrzącej na piasku wody odliczającej rytmicznie nieziemski nietutejszy bieg sekund Po-tem wstał — no czas na dworzec W pociągu w Warszawie zapomniał zupeł-nie o tamtej dziwacznej kabale nad mo-rzem Przypomniała mu się teraz A więc — sprawdziło się Ten fragment pola Mokotowskiego jaki miał teraz przed oczami był łudzą-co podobny do tamtego fragmentu wi-dzianego z bulwaru pod Kamienną Górą Szara płaszczyzna się w nicość przytłoczona niskim masywem chmur i na prawo u jej kresu rząd świateł na Wawelskiej czy w domkach fińskich tak samo migotliwy i daleki Nieruchome powietrze nasycone było zapachem jak wtedy — wilgocią chłodem i stęchlizna Tknięty dziwnym skojarzeniem wspom-nień pomyślał: jowróżę Rząd świateł był długi Liczył od prawego poczynając: kłamie? — nie kła-mie? — kłamie' — nie kłamie? 1 tak samo jak wtedy serce zaczyna-ło mu lodowacieć Tak samo jak wte dy chciał przerwać to zuchwałe wyzywa-nie lecz wleczony tą samą nieodparta silą liczył już na glos: — Kłamie? — nie kłamie? — kła mie? — nie kłamie? Już zbliżał się coraz wolniej z zapar-- tvm tchem ku końcowi świetlnego łań-cucha 'Może siedem jeszcze może — sześć Jeszcze sekunda i — raptownie wszystko zapadło się w mrok Przestało istnieć tak nagle ze w pierwszym ułam-ku sekundy Mokrzycki pomyślał że o-śl- epl Zatchnąl się na pierwszej sylabie — kła Lecz w drugim ułamku zrozu-miał że w tej dzielnicy zgasło światło Najzwyklejsza prerwa prądu Gdyby za Józef 61 111 : Wszystkie prawa autorskie podobało Dobytek Dwa teraz przodzie bokiem zaraz zapadała chu trzęsąc ogonkiem Robiła gwałtow-ny ruch w bok chwytała muchę i biegła dalej Marta szepnęła: "Boże Boże" po-dobnie jak to przed chwilą szeptała Ma-nia i jak od wieków przed nimi i wie-ki jeszcze po nich szeptać będą miliony ludzi w rozmaitych okolicznościach nie pomni przykazania aby imienia bożego nie wzywać nadaremnie! Straszna wieść rozbiegła się z niespo-dziewaną szbkością Zanim jeszcze wcze-snym południem podwiązano koniom o-br- ok w torbach na przerwę obiadową wiedzieli już o niej wszyscy furmani i wszyscy robotnicy zajęci przy budowie lotniska Wiedziało miasto i wieś Chło-pi jadący traktem i pasażerowie w po-ciągach Od Zatoki Fińskiej poprzez kra-je Estonii Łotwy i Litwy aż het po lasy białoruskie z tamtej strony górnego Niemna nie mówiono o tym zdarzeniu jak tylko: "Wywożą ludzi" Nikt nie precyzował ich przynależności socjalnej czy politycznej wszyscy mówili po pro-stu: "ludzi"! Może dlatego że w gaze-tach tego ranka brakło właściwego ko-mentarza politycznego i nie było na ten temat ani jednego słowa — Pawłowi zaraz rano gdy przywiózł podkłady po-wiedział człowiek który je przyjmował i liczył na miejscu Pierwsza uzyskana w ten sposób wiadomość nie była ścisła Robotnik mówił że na razie wywożą je-dynie z miasta — A ze wsi? — Nie słychać było Praca szła wokół normalnie Jej mia-rowy wielostronny gwar zagłuszał ja-kiekolwiek szepty między ludźmi — No i co będzie? — spytał Paweł mimo woli — Dziś narodził się czy co — odbur-knął robotnik W oierwszei chwili Paweł chciał cnać do domu bez jakiejkolwiek z góry po-wziet- ei decyzii alp wvnhra7ił snhip cn~ dżiny oczekiwania w bezradnym strachu i nade wszystko ciążącej niepewności więc zmienił zamiar Dotychczas wiado-mo było tylko że "wywożą ludzi" ale tego mało jeszcze trzeba się dowiedzieć upewnić jak co i kogo? Może istotnie deDortacia nie dotvczv mieszkańców wsi? Może we wszystkim "jest trochę jak to czął liczyć o dwie sekundy wcześniej — zdazvłby I wiedział 'Pole zanurzało się w coraz głębszy rnrok Bezgwiezdne chmurne niebo poło-żyło się na płask na ziemię Od Politech-niki jechały ciężarówki i powietrze za-drgało od "łomotów i zgrzytów Kłęby benzynowego czadu przewiały nad ulicą Odczekał az przejad"a i wstał No czas do domu — pomyślał I jeszcze: — a jeżeli los powiedział mu wiedy ze żyje więc po co ta ironia teraz? Dlaczego? Dlaczego gdy ta tajemnica jest ważniejsza niz tamta wtedy Mniej dręczyło go — żyje czy nie żyje? — niż teraźniejsze: kłamie czy nie kłamie Wtedy nienawidził a teraz tak bardzo tak okropnie tak nieludzko — kochał I łatwiej" by mu przeszła jej śmierć wtedy niż teraz kłamstwo Łatwic Po omacku przebrnął przez gruzowi-sko podwórza wykręcając nogi po po-gruchotanych cegłach W posępnej ciszy słychać było wyraźnie szelest spadają-cych w piwnicy kropel odmierzających w wielkiej klepsydrze nieziemski nietu-tejszy bieg sekund Juz w bramie na drugim podwórku posłyszał głośny gwar dobiegający z ich mieszkania A wchodząc na schody zo-rientował się ze to gwar pijacki — Znów wódka — pomyślał z pasja i obrzydzeniem — do licha co w tej Warszawie dzieje sie? Chlają w światek i piątek Powarjowali czy co? W świątek i piątek Przystanął przed drzwiami Z gwaru kilku głosów doleciało Kowalezjkowe: — "A ja powiadam że jak ojca poczu-je sam powie " Zacisnął pięści A może by tak dość tego bajdurzenia? Kotłowało sie w nim wszystko gdy przestępował próg w dym zamęt i gwar — "żydowski autobus do jasnej chole-ry — pomyślał skąd ich tu tyle'" Po-żałował że nie cofnął się ze schodów lecz teraz było już za późno Powitano go gremialnym "A-a-- a nareszcie" (Pierwsze co zauważył: jedna litrowa bu-telka już wypróżniona druga — do po-łowy Nieźle jak na trzy kobiety i dwóch mężczyzn) Irusia i Barbara z gorącymi wypiekami na twarzy Kowalczyk ze zmierzwionym spoconym łbem Kędzier-ski Jeszcze jakaś — zielonooka bardzo ładna z soczystymi ustami talią "osy" i spojrzeniem łobuza Iza i Marek spali skuleni pod kocem na łóżku za kreden-sikie- m jedynie przytomny czuwał tylko Andrzejek Witał się ze wszystkimi Okazało się zo Kędzierski otrzymał dziś łapówkę: litr od jakiegoś piaskarza Ponieważ miał pewien przegrany do Kowalczyka zakład przyszedł z tym litrem tu a gdy wypili okazało się że Kowalczyk ma pod łóż-kiem yeszcze jedną litrową butelkę za- dekowana na imieniny Andrzeja Ponie-waż orzekli że za długo na to czekać bywa przesady? Może Zawsze iakaś nadzieja i ciągle nadzieja! Po wyładowa niu zatem podkładów wyjeżdżając na drogę pociągnął nie lewą a prawa łej-cązaci- ąl batem i podążył do miasta Do tradycji miasta sietraiacoi ehvhn odległych wieków przywiązany był u- - rząa ranarza magistrackiego którego za-- i ówno obowiązkiem jak przywilejem by-ło wyłapywanie z ulic — wałęsających się i bezdomnych psów Wyjeżdżał on ra miasto jednokonnym wózkiem w kształcie malej platformy do której przy-mocowana była z góry klatka o żelaznych prętach Bokami szło dwóch czeladników-oprawcó- w zaopatrzonych w długie kije z pętlą na końcu na którą łapali przy- godnego psa a następnie drżącego że strachu wrzucali do wózka i' pochód posuwał się dalej Cala ta procedura sprawiała wrażenie niemiłe nieestetycz-ne można było by zaryzykować twier-dzenie że wręcz przykre Żałosne skom-lenie złapanego psa przechodziło nieraz w zawodzenie podobne do płaczu skrzyw-dzonego dziecka Dochodziło też do scen brutalnych Od niepamiętnych tedy cza-sów wydany był surowy nakaz dla raka-rza ażeby możliwie niezadługo po świ-cie zakańczał swój proceder i zjeżdżał r ulic a już w każdym wypadku przed ranną godziną o której młodzież szkol-na wysypuje się z domów do szkół aby zaoszczędzić jej gorszącego widoku ła-panych psów W gruncie rzeczy psom tym nie działa się wielka krzywda Ra-karz zdawał sobie sprawę że wykup jaki pobierał od właścicieli złapanych psów wynosił więcej niżby mógł uzyskać za skórę lub tłuszcz Niewykupione zatrzy-mywał po prostu na sprzedaż i tylko nie-liczne bywały unicestwiono Wu-rin- ii n tym dobrze mieszkańcy miasta ale wi- - cocznie iezao juz coś w naturze ludzkiej co buntowało sie Drzeeiwk-- n hnitaini przemocy nad bezbronnymi zwierzętami bo protesty i wynikające z nich "awa-ntury stały się równie zadawnioną trady-cją miasta jak sam urząd rnkiriki Pa rwdeył pkaromcizęątcał boydwadłoziecdkra st7eVrHin- c- yde-- nty vtv-kał klatkę hyclowTską zapóżnioną na uli-cy wbrew przepisom policyjnym" W sobotę 14 czerwca 1941 roku gdy szedł ulicami tego samego miasta był jasny słoneczny dzień i akca deporta- cji "rozpoczęta Drzez organy Yłrrn -- ?- cie była jeszcze w pełnym toku Płaskie ciężarówki sowieckiej produkcji stały po- jedynczo i szeregami przed kompleksami kamienic lub iechah- - w rńno tmnv Brano nie włóczęgów bezdomnych "a przeciwnie: ludzi przeważnie dawno 'za-domowionych brano do więzień kator-gi obozów na zsyłkę lub śmierć i żaden od marca do listopada — odkorkowali 1 tę drugą Okazało się dalej ze soczysta dziewoja to koleżanka Barbary Ewa Razem pracują w barze i Ewa wpadła właśnie dowiedzieć się dlaczego już od dwóch tygodni Barbara nie przychodzi jdo pracy Stara pani Kornaś pieni się i grozi ze odbierze zaliczkę od BarDary przez milicję albo Ube Mokrzycki rozebrał się i usiadł roz-wścieczony przy stole Ewa przykleiła się natychmiast — "karnego" Ciężki dym tytoniu nieznośnie gryzł w oczy Irusia przysunęła czysty talerzyk dla Mokrzyckiego i jakieś nędzne przekąski: parę plasterków salcesonu ogórek i o-twa- rtą unrowską puszkę z łojowatą "tu-szonk- ą" Mierziło go — i to towarzystwo i wrzask ryki Kowalczyka i wódczane opary Mierziła buszująca Ewa rozkosz-na i gotowa na wszystko byle prędko i dużo Karnego! Wiedział że się nie opę-dzi Nie zdążył jeszcze odsapnąć po wej-ściu a juz w trzech haustach wychylił pół kubka wódki Celowo nie przekąsił — niech juz prędzej dopędzi pijacką temperaturę! Zapalił tylko papierosa — "O tak to rozumiem — entuzjazmo-wała sie Ewa — od razu widać ze praw-dziwy mężczyzna" Ręka jej pod stołem już opierała się o jego kolano mocno i żarłocznie Kowalczyk szybko nalewał na-stępną kolejkę przekrzykuąc szumną zawiłą dyskusję Irusi z Kędzierskim po-przez stół na swój temat — a ja powiadam: jak dziecko po-czuje ojca samo powie Mokrzycki nie wytrzymał Alkohol jeszcze nie doszedł mu do mózgu i nie zagłuszył złości Niespodziewanie sam dla siebie rąbnął na odlew pięścią w blat stołu aż brzękło — Dosyć! —wrzasnął Przycichło nagle tylko Ewa pisnęła "ach" gdyż uderzając w stół niechcący przycisnął kolanem jej rękę — Co ty wyprawiasz! — zawołała Barbara nie wiadomo do kogo Zmitygował się istot-nie to było trochę karczemne Ładny gospodarz! — Dosyć powiedział spokojniej — po co pan Kowalczyk wciąż w kółko to samo? Słyszeliśmy to nie raz — Leon ma racje ale — zaczął Kędzierski lecz Kowalczyk podchwycił ton Mokrzyckiego — "Faktycznie! Jest o czym mówić kiedy kieliszki nalane!? No — lu Basiu Siup! Ale Basieńko akaż ty śliczna dzisiaj "Sto lat sto lat " — ryknął "Sto lat sto iat " — zdumiewającym czystym kontraltem podchwyciła w lot Ewa Zdumiewający przepiękny glos wybuchł tak niespodziewanie że Mo-krzycki aż drgnął ogarnięty nagłym pło-mieniem Mrowie przebiegło mu po ple-cach Podniosła kieliszek w kierunku Bar-bary — " niech żyje żyje nam — podchwycili Kędzierski i Irusia zestro-jeni w dwugłos — " żyje nam " — zagrzmiał Kowalczyk spóźniony o ćwierć taktu Głos Ewy zagarnął wszystkich wykup za żadne pieniądze nie mógł wchodzić w rachubę brano nie kilku czy kilkunastu ale od razu tysiące brano otwarcie na oczach całego miasta Bra-no nie psów! Przeciwnie brano ludzi I oto nikt nie protestował nie krzyczał nie awanturował się nie bronił nie wy-zwalała nie wyprażał pięściami Nawet nikt nie skomlił Miasto z wyższego na-kazu miało nie przerywać codziennej pracy i ludzie którzy pozostawali lubo niewiedzieli czy jutro jeszcze pozostaną szli prędko chodnikiem nie zatrzymując się odwracając oczy Panowała cisza i spokój Zabierano tylko z domów w wyjątko-wych wypadkach z miejsc pracy prawie nigdy z miejsc publicznych Po głównej ulicy przezwanej obecnie Prospektem Lenina toczyły się w obydwu kierun-kach ciężarówki ładowne ludźmi Zajeż-dżano do jednego domu zabierano ro-dzinę figurującą na spisie ewidencyjnym NKGB i jechano pod nowy adres W ten sposób niektórzy z wcześniej aresztowa-nych krążyli po mieście tam i sam w ciągu kilku godzin mijali się nawzajem znowu jechali Widziało się znajomych bliższych dalszych krewnych czasem W pewnym momencie na jednej' z takich ciężarówek w samym iei końcu Paweł dojrzał wystająca ponad bokówkę postać Łaszowskiego On ojciec stara matka i żona z córeczkami Stary włożył futro choć było lato Syn patrzał przed siebie w plecy siedzącego przed nim nie-znajomego Patrząc w ten sposób musiał nie widzieć nic Było w wyrazie jego twarzy coś ze skamieniałego zdumienia Przejeżdżali właśnie w chwili gdy Paweł równie zdumiony stanął u wejścia ka-wiarni w której tak niedawno jeszcze ro-zmawiał z Łaszowskim Później wszedł do środka bo zobaczył reżysera siedzą-cego przy stoliku kolo okna Nie widzie-li się od czasu gdy jeszcze namawiał Pa-wła do współpracy w teatrze Teraz nie witając się wyciągnął rękę wskazując na-stępną ciężarówkę jadącą w przeciwnym kierunku na której siedziało dwóch ucz-riakó- w a trzeci stał — To jest syn tych Jakże oni Za-raz sobie przypomnę nazwisko Odwró-cił twarz marszcząc czoło i jął nerwowo mieszać w filiżance łyżeczką — No na ulicy Zamkowej mieszkają Zaraz! — Niech pan nie miesza i tak bez cukru — odezwała się kelnerka Spojrzał na nią z roztargnieniem mieszał dalei i nie móel sohip nm-nn- m n'eć Paweł przysiadł się doń też nie witając się i uważał to czemuś za natu-raln- p ink i fr tp t-pK-- cat- hł 41o nnn ny i miał krzywo zawiązany krawat — Czy wie pan kogo jeszcze ze zna-jomych? — spytał DENTYŚCI Dr Władysława SADAUSKAS LEKARZ DENTYSTA (drugi dom od Roncesalles) Przyjmuje za uprzednim telefo- - "nicznm porozumieniem Telefon LE 14250 129 Grenadier Rd S DR T L GRANOWSKI DENTYSTA CHIRURG Mówi po polsku 514 Dundas Sł W — Toronto Ttl EM 8-90- 38 1 t DR W W SYDORUK DENTYSTA Przyjmuje po uprzednim telefonicz-ni m porozumieniu 60 Roncesvalles Ave Toronto Tel LE 5-36- 88 1 P Dr V JiNDRA LEKARZ DENTYSTA zawiadamia pacjentów dr Więckow-skiego o przyjęciu praktyki na 310 Bloor Sł W Tel WA 20844 Wizyty za uprzednim porozumieniem telefoniczni m 49P Lunsky WA 1-3- 924 3 ssWsasŁLTa?!! Dr jur J K Wizy — itd JIŁ BIURO TŁUMACZEK MICHALSKI Paszporty Emigracja 57 OUEEN ST W EM gW (kołoBay) pok308 Teren}1 OKULIŚCI i OK'ULISTA" O 1 i! — S BR0G0WSKI Qr 420 Roncesvlle$ Avi ] (blisko Howard Pul) Godtezlienfyonpicrzznyyjęmć opdoro10z—um6iMenieMm „ Tel LE M251 - CL Uo OKULISTKA J T SZYDŁOWSKA OO F10JL cBpoaadsdozawineiynewniaeonclzeoud 1d"0-oc-b7oinetraascontbieotylseznk„sleej!1" t ? w inni eh godzinach za uprAS porozumieniem 1063 Bloor S West LE J-W-H (róg llaelock) 5&v Okulista 470 College Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defe-któw wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku Lach Chiropracłic Clinic Stanisław J Lach DC Władysław J Lach ' DC DOKTORZY CHIROPRAKTYKI prześwietlenia 124 Roncesvalles Ave — Toronto — LE 51211 Łuck Chiropracłic Clinic BRACIA ŁUKOWSCY DOKTORZY CHIROPRAKTYH Specjaliści w leczeniu artretyzm'' rcumatyimii polio liimbaeo sj'i?{tiv dttfeKwosci muskułów i stawów oraz zasilania l normowania całego organizmu — A-ita- y prześwietlenia 1848 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL W259 140 CHURCH ST ST CATHARINES TEL MU 4-3- 11 1P LANDIS PHARMACY 462 Queen Sł W Toronto EM 8-21- 29 Nasza apteka lo wasz punkt gdzie znajdziecie poradę w zakupie różnych witamin i lekarstw waszego zdrowia Kwalifikowany aptekarz jest zawsze waszych usług w sprawie wysjłek l-ekarstw do Europy Lekarstwa najwyższej jakości i świeżości po cenach najniższych Gwarantujemy dokładna poradę w wjbora kosmetyków Obsłużymy was w waszym ojczystym jęzjku 30 F APTEKA GARDIAITA Właściciel Tadeusz Gardian Najstarsza polska apteka w Toronto Wykonujemy recepty ze wszystkich krajów Zamówienia wysyłamy natychmiast Piszcie telefonujcie lub zgłaszajcie się osobiście Popierajcie polska aptekę WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POLSKI I INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DO USSR 297 Roncesvalles Ave Tel LE 6-30- 03 TORONTO ONT Si RO dla dla RATUJCIE WASZE ZDROWIE LEKARSTWAMI ROŚLINNYMI Misjonarz w Abitibl uratował tysiące ludzi z clęłUch chorób pr?y pomocy prawdziwjch lekarstw rolinncn Piszcie z catjm zaufaniem co Wam dolega 1 polecajcie nas swoim znajonim Ceny umiarkowane Adres: Les Remedes du Pere Box 1360 Amos Oue Canada E uwaga! M C Skin Oinłmenł uwaim "Skórną maść" najnowszego patentu M C używa sie do leczenia 8° ostrych 1 ehroniczmch oraz wszelkiego rodzaiu egzem 1 liszajów J wnież podobnj eh schoreet skórnych- - Skórne choroby jak eB"™- - wysypki skórne Morę niepokoją i męczą ludzi czasem całymi frtti pują nybko po użyciu powyższej maści "M C Skin Ointment I PTzesyłką pocztową $2 50 Maść tę wyrabia Mrs M Czulińsld wytwórnia skórnych m5a "M C SKIN OINTMENT" M C CORN OINTMENT Mamy również M C maść przeciw odciskom 1 leczeniu brodawek C M C maść skórna 1 M C maść na odciski są najskuteczniejsze J"'c znaleźć na rynku kanadyjskim ct hj żądajcie w swoich aptekach w razie nieotrzymania proszę Vc średnio do producenta: i wim M Czuliński 25? Rusholme Rd Toronło Ont Tel LE -- S8M P ""ijŁł tauc mc£iuuvtuicuia Z Tul' a my })lIUi1U4c Hu IJŁW"""" W P na PŁOMIEŃ PRZY STOLE i a vt dania przygotowane przez kuchmistrza d Jose C j Krewetki smażone z sherrv homary Cardinal sos z rze J stejk cielęcina Scalopinni smażone nerki cielęce u jj pieczone ananasy itd orkiestry: ze śpiewem Missienaire Wspaniale BURGUNDY ROOM (Resfauraci) ? RA1NBOW ROOM - kw J CONTINENTAL ROOM (Dancing i ST REGIS HOTEL i SHERBOURNE prry CARLTON — TORONTO — WA i- -j '"-'-i-Ar)- — ły-w-Tj- -o— ii-- %i ii r- - ssssssj a 2 |
Tags
Comments
Post a Comment for 000160a
