000245b |
Previous | 7 of 8 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
K
U
nML
Wyszedłszy na ulicę rozejrzał po sklep-ach
kupił zwykłą torbę podróżną przybory toa-Ltou- e
sportową marynarkę z lichego materiału
jjle tanią i wygodną dwie koszule i zmianę bie--
m
się
j2nv i dopiero iaK wyeKwipowany skinął na
3ks'owkę i kazał się wieść do hotelu Marzył o
ypieli i pozbyciu się profesorskiej marynarki
Jadąc ulicami Toronta pomyślał w końcu
5 Hance Wysockiej która miała mu być dopiero
eraz naprawdę potrzebna Coby zrobiła wiedząc
[i prz wiozła ze sobą książkę która warta jest
jihony dolarów i przez którą w ciągu ostatnich
jilku dni dwóch ludzi straciło życie I że to
riasnie on ten jej Marek Zabawa wyprawił
}! do diabła? — Roześmiał się na głos —
zemdlałaby chyba — stwierdził co było dowo-je- m
ze Hanki nie znał
Dochodziło południe gdy Marek wykapany
jgolony i przebrany w czystą bieliznę kazał sobie
przynieść do numeru butelkę whisky i wyciąg-asz}
się wygodnie na łóżku nastawił stojące
jbok radio Podawano komunikaty Słuchał je
{dnm uchem walcząc z ogarniającą go senno- -
fla i uiaiego aopiero po cnwin tresc jednego
i nich dotarła uo jego świadomości:
— Dzisiaj rano — mówił speaker — na
orze kolejowym pod Belleville znaleziono trupa
sezczyny który prawdopodobnie wypadł z po--
iJoagu L papierów znalezionych przy zwłokach
innika ze jest to Marek Zabawa plantator z
Jenn który poprzedniego dnia przypłynął do
Jontrealu
Maiek jak oparzony zerwał się z łóżka —
33hvan' Kretyn! Idiota! — wymyślał sobie na
los w pospiechu wciągając spodnie i buty Musi
latychmiast skomunikować się z Hanką Wysocką
=o usłyszeniu tej wiadomości dziewczyna gotowa
oleciec na policję Gotowa nawet jego książkę
esobą zabrać
B}1 bliski paniki Ostatnia noc w pociągu
sukces ucieczki z Montrealu tak uderzyły
j głowy ze zapomniał o istnieniu radia i gazet
apczywych na wszelkie sensacje
Przesadzając po trzy schody zbiegł na doł
ochłonął dopiero na ulicy w obliczu budki
ilefonicznej na szczęście pustej
¥
— Co cię badruje kochanie? — pytała Ma- -
km Wysocka z niepokojem przyglądając się je-%iaez- ce
— Czy nie zaziębiłaś się przypadkiem?
jiezego
bo Mama iyiKo zawsze za cnorooą patrzy
Jak możesz tak mówić Haniu Wypluj za- -
p jzte słowa You know że ci życzę jak najlepiej
!e właśnie dlatego niepokoję się o ciebie Mogłaś
łapać w podróży jakiegoś virusa zjeść coś nie- -
Hanka westchnęła z rezygnacją Na Mamę
e było sposobu Wystarczyło być trochę bled- -
farm lub niedaj Boże kichnąć — a już trzęsła
i nad nią niczym kwoka nad kurczątkiem Nie
otrafiła czy nie chciała zrozumieć że mogą być
pe powody złego humoru niż popsuty żołądek
J katar
A ona właśnie takie "inne" powody miała
to poważne
Podróż z Montrealu do Toronto była jedną
takabrą Gdy ona chciała myśleć o Marku Za--
wie raz jeszcze przezywać chwile spędzone z
mmm'Wmp 'O"
Aleksander Dumas
HRABIA
I wrócił biurka ażeby uporządkować
brv nnm hnrl7ił sif zwolna Coraz częściej
flo się słyszeć skrzypienie drzwi w pokoju pani
tel
mu
Yillefort wreszcie rozległ się wesoiy smiecn
--fnecka
Yillefort zadzwonił Wszedł lokaj podał
aennik następnie przyniósł filiżankę czeko- - t
do pa- -
da--
i
a
- Cóż mi przynosisz? — zapytał prokurator
K -- przecież ja tego nie żądałem
r — Jaśnie pani kazała przynieść mówiąc ze
fi a prokurator będzie mieć dużo pracy dziś w
ip iyje ppoowcziynmienposisętawprizłetfoiliżpaun&kmęi: n—a sptouleitui wy- -
B
Villpfort patrzył czas jakiś posępnie na pie- -
4cv f nnnńi w7rlrvpnał sie a następnie led- -
pn haustem pochłonął całą z"awartość filiżanki
W wstał kilkakrotnie przeszedł się po pu-- W
jakby w oczekiwaniu czegoś Następnie za- -
M na nowo do pracy
Nadeszła pora śniadania rTOKuraior we
Po chwili zjawił się w gabinecie ten sam
aj
— Jaśnie pani — powiedział — poleciła po-dzie- ć
nann nrnknratornwi że iest już ubrana
Ifragnęlaby pojechać razem na posiedzenie są- -
"SI Vi lo(VT-- ł nr71 iotić P73C milP7ał 8 "- - IJlttŁ v-- M - E Tl JłVłł §sfzał z naciskiem:
potem
U— Powiedz że pragnę pomówić z panią i
fjNę by zechciała zaczekać na mnie w swym
Ipjii Potem wrócisz i pomożesz mi sie ubrać
Lokaj wyszedł a następnie po upływie kilku
at wrócił ogolił Villeforta i przygotował dian
ty uroczysty ubiór
Pani Ho vniQfni-- t moi-rf- a istotnie woół leząc
afce i przerzucając ilustrowane pisma które
iarrtoir nnr-n-min- y nim ip matka wzięła
ikj -- — w puiutijnai tumu j~ -
yąrclti iTKn a~ -- oir An wviśpin w kaoelusz
mtl Rpk-9wP7i- n i naracnikn leżały na stole
rfl _ T„- -t -- - 11 crviVninvm plfl y -- oełies nareszcie — icMa ocj"— o—
gf - mój Boże jakiś ty blady! Znów całą noc
iramoi-- A vrv""es it ujiiatzego _n:i_e „p„iy„pwintufinin-ć- na śniada- -_ fł No jakże czy weźmiesz mnie z sobą czy tez
Brr utusiaia pojecnac sama
3 Yillpfnrt nm trvAwiprł7iał wcale kazał tylko
fEiwardek poszedł sie bawić do salonu
l-JPa-ni
de Villefort spostrzegłszy chłód w
rML niu sie męża jego ton ru£nnują-- j
it I "agie iiiUlidld
— D-- _ a "Jie ojruHi:: — zawułjra!ia — n-n to- VSZVStkO
W aaC7vr?
H - Gdzie pani przechowuje truciznę której 1 Ja tak skutecznie?' — zapytał sucho i wy- -
13' Btu—u: ae -v-Vmeion oajpowi:e4uiilaoia olncpm
iwym:
%jid nie rozumiem hycsk w——
Jacek Brzezina
nim na statku — George wiercił jej dziurę w
brzuchu opowiadając o swoich prawniczych suk-cesach
lub zarzucając ją pytaniami na które
nie miała ochoty odpowiadać Gdy go poprosiła
by ją zostawił w spokoju zaczął się z niej wy-śmiewać
że dała sobie zawrócić w głowie przez
jakiegoś awanturnika — Nie żaden awanturnik
— oburzyła się — lecz plantator z Afryki —
Tym gorzej — stwierdził z wściekłością — Znu-dziły
mu się murzynki i poszukał sobie białej! —
Rozpłakała się wówczas co widząc George za-trzymał
samochód i chciał ją objąć Gdy go od-trąciła
zaczął przepraszać ze nie myślał zrobić
jej przykrości ze poprostu jest zazdrosny ze z
tego powodu pewno zgłupiał ale już się poprawi
i nie będzie jej więcej dokuczał
To gadanie skolei ją doprowadziło do złości
Powiedziała mu ze rzeczywiście chyba zgłupiał od
czasu jak się ostatni raz widzieli i ze o ile mają
zdążyć przed północą do Toronto nich lepiej je-dzie
a nie stoi Myślała wówczas że George rzuci
się na nią ale zaciął tylko usta i począł jechać
jak wariat Bała się ale nie chciała odzywać się
do niego Potem zaczęła być głodna ale on nie
wykazywał najmniejszej chęci zatrzymania się
po drodze i tylko przelatujące mimo zachęcające
reklamy restauracji i motelów zmuszały ją do
przełykania ślinki W końcu zaczęło jej być na-prawdę
smutno Marek Zabawa pożegnał się z
nią obojętnie Czyżby rzeczywiście asystował jej
na statku jedynie celem przyjemnego spędzenia
podróży a po zejściu na ląd odsunął jak zabawkę
która spełniła już swoje zadanie i poczęła być
nudna? Podobał jej się Nie na tyle by stracić z
nim głowę ale wystarczająco by o nim myśleć
szczególnie przy Georgu którego zachowanie za-skoczyło
ją i zgniewało Nigdy przed tym takim
nie był Może w tym trochę jej winy ale cóż on
sobie myślał? Była wolna i mogła robić co chcia-ła
Powinien być wdzięczny że pozwalały mu być
jej "steady"
Pr --Jechała do domu głodna zła i zmęczona
Nawet radość ojca i matki nie poprawiły jej
humoru Poszła zaraz spc:ć odprawiwszy posępne-go
jak chmura gradowa Georga zimnym —
"thank you" a rodzicom tłumacząc że ją boli
głowa Zdawało jej się że te swoje osobiste kło-poty
i problemy prześpi Tymczasem nazajutrz
wystąpiły jeszcze mocniej
Dochodziło południe a ona ani się nawet
nie rozpakowała Chodziła kwaśna co spowodo-wało
że Matka ku jej ostatecznej rozpaczy do-siadła
swojego "chorobowego" konika ojciec zaś
nie mogąc się od niej niczego dowiedzieć o wra-żeniach
z Europy jak zniosła podróż itp przy-pomniał
sobie nagle że musi zajrzeć na roboty
" in
MONTE CHRISTO
li
108 =
)''
— Zapytuję cię — odezwał się ponownie yil-lefort
— gdzie chowasz truciznę którą zamor
dowałaś mego biednego teścia margrabiego de
Saint-Mera- n a następnie jego żonę Wawrzyńca
Walentynę wreszcie?
— O co ty mnie posądzasz! — zawołała pani
de Villefort załamując ręce
— Odpowiadaj!
— Czy przed sędzią stoję czy też przed
swym mężem?
— A więc ci powiem że stoisz przed sędzią
Tak jest tylko przed sędzią!
— O panie panie — jęczała oskarżona
Zdawało się że chce coś powiedzieć lecz krtań
ściśnięta obłąkanym strachem nie wydała głosu
— Zaprzeczenia na nic się nie zdadzą Nie
będziesz mogła wyprzeć się tych zbrodni dokona-nych
z bezwzględnością szatana bez cienia uczuć
ludzkich I z taką piekielną zręcznością! Od
śmierci pani de Saint-Mera- n wiedziałem że w
domu mym przebywa truciciel gdyż zawiadomił
mnie o tym od razu d'Avrigny Po śmierci Waw-rzyńca
niech mi to Bóg wybaczy podejrzewałem
anioła świętą d-ziewecz- kę która nie wiedziała na-wet
o tym że grzech na ziemi istnieje Po śmier-ci
Walentyny jednak wszystko stało się dla mnie
jasne Wiedziałem nie tylko ja lecz wiedzieli i
inni Ja sam znam dwie osoby które zorientowały
się w zbrodni A ilu jest takich którzy się do-myślają?
Toteż wiedz że w tej chwili stoisz nie
przed mężem lecz przed sędzią!
Pani d Villefort przysłoniła twarz rękoma
— Panie — rzekła — nie dowierzaj pozo-rom
— Aż tak podła więc jesteś! — zawołał yille-fort
— Nie ma w tym nic zresztą dziwnego? Nie-jednokrotnie
miałem możność przekonania się
że ze zbrodniarzy właśnie truciciele są najnik-czemniej- si
Więc i ty jesteś aż do tego stopnia
podła że masz czelność zaprzeczać jakkolwiek
miałaś dość siły i odwagi by patrzeć spokojnymi
oczyma na śmierć czworga ludzi w tym dwojga
staruszków i jednej niewinnej dzieweczki
Pani de Villefort załamała ręce i padła przed
mężem na kolana
— Widzę że się przyznajesz Jednak przy-znanie
się do "winy w ostatniej chwili nie zmniej-sza
w niczym kary!
— Kary?! — zawołała pani de Villefort —
kary powiadasz panie
— Tak jest kary Czy dlatego że aż cztery
razy popełniłaś zbrodnię byłaś przekonana że
ci' kara nie grozi? A może sądziłaś że żonie pro-kuratora
królewskiego wszystko ujść musi bez-karnie
O nie pani omyliłaś się srodze Ruszto-wanie
czeka zawsze na truciciela Chyba że za-chował
resztki trucizny i sam sobie wymierzy
karę
Nieludzkikrzyk wydarł się zpiersi pani de
"2WIĄZKOWIEC" LIPIEC (July) Sobota 27 — 1957
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone
vupjii£ui icacitcu uj ruuau muiii(c ricM juiu luiumu kjui wauauai hi ii MJjlĘ
10
fi u
i zniknął co zwykle robił gdy atmosfera domo-wa
zgęszczala się i groziła burzą
— Może ja ci rozpakuję Haneczko walizki
— spytała Mama — Rzeczy się pogniotą — i
nie czekając na odpowiedź poszła na górę do
pokoju Hanki Była poważnie zaniepokojona —
Dziewczyna włóczyła się po świecie przez blisko
trzy miesiące Bóg wie co z tego może wynik-nąć
a mówiłam że jeszcze za młoda by sama
mogła jechać ale ojciec się uparł że to jej do-brze
zrobi Akurat zrobiło! — myślała na głos
otwierając kufry i walizki
Hanka tymczasem rzuciła się na kanapę w
salonie i myślała — Kiedy Marek przyjedzie do
Toronto? Czy w Montrealu został naprawdę dla-tego
ze chciał odnaleźć kolegę czy też aby się
od niej odczepić? — Zerwała się by przyjrzeć w
lustrze wiszącym nad kominkiem Miała podkrą-żone
oczy mimo opalenizny była szara a krótko
ucięte i niestarannie rano zaczesane włosy ster-czały
na wszystkie strony jak badyle Wyglądała
niczym strach na wróble i po raz pierwszy chyba
w życiu straciła pewność siebie i zaufanie do
swojej urody Dotychczas ona rzucała chłopców
Czyżby nadszedł czas kiedy role się zmieniają?
Dosyć się już nasłuchała czy podsłuchała o zo-stawionych
na lodzie żonach narzeczonych ko-chankach
Smiala się z ich głupoty czy łatwowier-nośc- i
A tymczasem teraz Zrozpaczona spowro-te- m rzuciła się na kanapę — George by jej tak
nie zostawił George by ją tak nie rzucił Geor-ge
— już i jego nie była pewna po tej scenie
którą mu wczoraj urządziła
W halu zadzwonił telefon Niechętnie pod-niosła
się Pewno jakaś koleżanka nie mogąca
doczekać się ploteczek z szerokiego świata Pod-niosła
słuchawkę i usłyszała głos Marka Zaba-wy
Nakręcając numer telefoniczny Hanki Wy-sockiej
Marek zastanawiał się czy zastanie ją
w domu a jeżeli tak to co jej powie Usłyszał jej
głos i kamień spadł mu z serca — Hanka? To
ja Marek Zabawa!
W słuchawce zapanowała cisza i dopiero po
chwili zabrzmiał w niej radosny okrzyk — M-arek!
— Czy słuchałaś południowego komunikatu
w radio?
— Nie nie miałem czasu Oh Marek jesteś
już w Toronto
Zabawa odetchnął Miał szczęście Nie po-trzebował
przez telefon tłumaczyć dlaczego żyje
kiedy radio podało że znaleziono jego trupa —
Przyjechałem nocnym pociągiem — wyjaśniał —
Po rozstaniu się z' tobą smutno mi się zrobiło
samemu pomyślałem że kolega nie widział mnie
w m w y w w-—irt-
—w 'V ' v v
yillefort Trwoga potworna wykrzywiła jej pię-kną
twarz
— Jakkolwiek jestem prokuratorem królew-skim
— mówił dalej yillefort najzupełniej chło-dnym
tonem — nie poślę cię jednak na ruszto-wanie
dlatego ze twoja hańba i na moją spadłaby
głowę Ale umrzeć musisz Jaką śmiercią — od
ciebie zależy Zrozumiałaś mnie chyba?
— Nie panie Najzupełniej nie pojmuję zna-czenia
twych słów
— A więc powiem wyraźniej Jestem prze-konany
że żona najwyższego dostojnika sądo-wego
w państwie nie okryje hańbą nazwiska do-tąd
bez skazy i nie zbezcześci swego męża oraz
dziecka
— Dziecka? O nie nie
— Będzie to dobry uczynek toteż dziękuję
ci za to
— Dziękujesz? Za co?
— Za to co przyrzekłaś
— Cóż ja przyrzekłam takiego? W głowie
mi się mąci! Bożp! Jakże pociemniało mi w
oczach! Ależ ja nic nie słyszę nic nie widzę
Myśli uciekają mi z głowy Jakiż w niej ciężar
pustka Oszaleję chyba!
I zatoczyła się jak pijana z pianą na ustach
— Gdzie jest trucizna? — zapytał Villefort
raz jeszcze
— Nie nie panie ty nie możesz domagać
się tego ode mnie
— Ja tylko pragnę byś nie zginęła na ru-sztowaniu
— Łaski łaski!
— Prawo łaski do mnie nie należy Ja jestem
po to aby domagać się kary na występnych
Każdą inną kobietę choćby to była królowa —
wołał Villefort z roziskrzonym wzrokiem — po-słałbym
na rusztowanie Dla ciebie jednej będę
pobłażliwy i daję ci obietnicę: nie umrzesz z
ręki kata o ile zachowałaś resztki swej tru-cizny
— W imię dziecka naszego zaklinam! Tak
Daruj mi życie abym mogła dziecko wychować
— Nie nie nie! Gdybym dla dziecka na
szego darował ci życie może byś je kiedy za-mordowała!
— Ja miałabym zabić mego syna! Ja mia-łabym
podać truciznę memu Edwardkowi
I pani de yillefort padła u nóg męża lecz
ten odsunął się od niej ze wstrętem
— Pamiętaj jeżeli za mym powrotem nie
stanie się zadość sprawiedliwości sam wniosę
skargę przeciwko tobie o poczwórne morderstwo
a wtedy pachołkowie miejscy pochwycą cię bądź
tego pewna gdziekolwiekbyś się znajdowała i
wtrącą cię do więzienia z którego wyjdziesz na
rusztowanie
Nieszczęśliwa do której te słowa były zwró-cone
leżała bez ruchu u stóp męża Jej rozsze-rzone
strachem oczy mówiły tylko że słyszy
wszystko i wszystko rozumie
— Widzę że mnie zrozumiałaś że mówię do
przytomnej — ciągnął nieubłagany yillefort —
Teraz idę przed trybunał sędziów przysięgłych
domagać się od nich wyroku śmierci na niemniej-szeg- o
zbrodniarza Gdy wrócę mam nadzieję że
wszystko będzie skończone gdyż inaczej noc któ-ra
po tym dniu nastąpi spędziłabyś już w wię-zieniu
j Prokurator hrólewsia patrzył na nią czas
S'sJf3bia-I- ?
10 lat więc może jeszcze trochę poczekać wsia-dłem
na pociąg i melduje się — łgał jak z nut
— Oh Marek Tak strasznie się cieszę My-ślałam
już że
— Zabawa nie miał czasu na westchnienia i
czułe słówka — Słuchaj Haniu — przerwał —
muszę się z tobą jak najszybciej zobaczyć
— Świetnie Przyjedź do mnie
Myślał i o tym ale zdecydował że może to
być niebezpieczne Na statku widziano go stale w
towarzystwie Hanki i ktoś mógł wpaść na pomysł
szukania go przez nią — Chętnie ale nie tym
razem — odparł Wolałbym gdzieś w restauracji
— Gdzie chcesz Marku —
Uśmiechnął się Hanka mówiła takim gło-sem
że wątpił czy w tej chwili zatrzasnęłaby mu
drzwi przed nosem — Nie znam miasta wybierz
więc ty jakieś spokojne miejsce j
Podała mu adres malej polskiej restauracyj
ki na Queenie znanej ze świetnych pierogów w
śmietanie i gołąbków
— Jak szybko możesz tam być? — spytał
— Tatuś pojechał do pracy "stalionwago-nem- "
mogę więc wziąść jego Oldsmobila i spot-kać
się z tobą za jakieś 15-2- 0 minut
— Gdybyś przyjechała pierwsza poczekasz
— Poczekam Marku
— Acha byłbym zapomniał — wcale byłby
nie zapomniał bo myślał o tym od początku wo-lał
to jednak na koniec rozmowy zostawić
— W walizce w której wiozłaś książki znaj-duje
się egzemplarz "Mein Kampf" Hitlera po
niemiecku
— "Mein Kampf" Hitlera? Nie Marku my-lisz
się Takiego świństwa bym nie kupowała i
tymbardziej ze sobą nie woziła
— A jednak jest tam Sam go włożyłem
— Ty włożyłeś? — wybuchnęla śmie-chem
— Jakaś kontrabanda?
— Nie kontrabanda tylko zwykła książka
Włożyłem bo musiałem Opowiem ci dokładnie
gdy się zobaczymy Chcę tylko byś książkę tą ze
sobą przywiozła Koniecznie!
jesteś
— Słuchaj Marek czy ty przypadkiem nie
— Pijany? Nie! — był raczej zły nie miał
bowiem zamiaru przez telefon zbyt wielu rzeczy
wyjaśniać — Jeżeli jeszcze swoich książek nie
wypakowałaś to zrób to a wówczas tą moją ksiąz
kę wśród nich znajdziesz Proszę cię bardzo przy
wieź ją ze sobą i nikomu o tym nie wspominaj
Za 15 minut czekam cię w restauracji i wówczas
wszystko wyjaśnię Bay bay darling
— Bay bay — Hanka usłyszała stuk kła-dzionej
słuchawki
Chwilę stała jak zamroczona zanim i swoją
słuchawkę położyła na widełki Powinna być za-dowolona
skakać ze szczęścia Marek jest w To-ronto
pamiętał o niej zadzwonił A jednak
coś ją wstrzymywało Mówił że przyjechał za
nią że się stęsknił a tymczasem na końcu wyszło
szydło z worka że o jakąś książkę chodzi
Pobiegła szybko na górę do swojego pokoju
Mama wypróżniała w nim jej kufry starannie
wieszając w szafie suknie i układając w szufla-dach
bieliznę
v v w V V m m T IMV V"V w i
jakiś bezlitosnymi oczyma a następnie zamknął
drzwi na klucz'
Rozdział XVIII
SĄD PRZYSIĘGŁYCH
"Sprawa Benedykta" jak ją nazywano w
całym mieście budziła zwłaszcza w wyższych
warstwach Paryża ogromne zainteresowanie
Rzekomy książę Cavalcanli stały gość restau-racji
Paryskiej Opery Lasku Bulońskiego i wszy-stkich
innych miejsc wykwintnej zabawy poza-wiera- ł
wiele znajomości kiedy przez krótki czas
błyszczał na firmamencie paryskim
Znali go wszyscy To też gdy się dostał do
więzienia dzienniki przepełnione były opisami
jego zbytkownego życia w ostatnich miesiącach
a także epizodami z pobytu na galerach
Wiele osób uważało jednak że Benedykt
jest ofiarą pomyłki Ci ostatni z całą stanowczo-ścią
twierdzili że major Cavalcanti lada chwila
zjawi się w Paryżu udowodni że jego syn nigdy
nie przebywał na galerach i zażąda uwolnienia
Już około godziny dziesiątej rano bardzo
było rojno w przedsionkach sądu a gdy na koniec
otwarto salę na godzinę przed rozpoczęciem po-siedzenia
natychmiast miejsca zarezerwowane
dla publiczności wypełniły się po brzegi Sala
robiła wrażenie jakiegoś arystokratycznego salo-nu
Beauchamp lornetował wszystkich na prawo
i lewo toteż spostrzegł natychmiast Chateau-Renau- d
i Debraya którzy z łaski policjanta do-stali
się do środka
— Zobaczym więc niedługo naszego przyja-ciela
— rzekł dziennikarz
— A zobaczymy jaśnie oświeconego księcia
— odpowiedział Chateau-Renau- d — Niech diabli
wezmą tych zza morza i zza gór przybywających
"arystokratów"!
— I to takich których protoplastów znaleźć
można w "Boskiej komedii"
— Zapewne będzie skazany na śmierć? —
zapytał dziennikarza Debray
— Mój kochany — odpowiedział Beauchamp
— to ja raczej powinien bym się ciebie o to za-pytać
Przecież ty lepiej niż my dziennikarze
znać możesz nastroje sędziów Widziałeśf się za-pewne
z prezesem sądu? Cóż on mówił?
— Zadziwi cię z pewnością jego zdanie
Powiedział że sprawa Benedykta jedynie na sku-tek
ubocznych okoliczności nabrała tak wielkiego
rozgłosu a w istocie jest bardzo zwyczajna Be-nedykt
według jego zdania nie jest jakimś na
wielką miarę zbrodniarzem lecz tylko przecię-tnym
łotrzykiem
— E to wszystko wygląda na snobizm
Lecz rzekł do dzien-nikarza
— jeżeli ja — Debray
— rozmawiałem z prezesem to ty prze-prowadziłeś
zapewne wywiad z prokuratorem
królewskim?
-- r- Nie można było ani marzyć o tym Pan
dc yillefort od tygodnia zamknął się w swym
gabinecie i z nikim absolutnie nie chciał sie
widzieć Nic dziwnego! Tyle ciosów zakończonych
tajemniczą śmiercią córki
Wtem dał się słyszeć głośny szmer w przy-ległych
pokojach a po chwili woźni otwierając
drzwi obwieścili uroczystym głosem:
— Sąd idzie!
Sędziowie zajęli swe miejsca wśród głębo
kiej ciszy
I
5TR 7
G HRYN
DACHÓW
naprawa i budowa
insulacja (insulation) roboty
asfaltowe — rynny
282 Symlngłon Avo LE 2-49- 77 Toronto
1051-- P
UWAGA!!!
Letnia wyprzedaż ubrań męskich
bielizny płazczy z powodu grun- townego remontu sklepu
Ceny obniżono o 50%
Leon's Clothing 680 Queen St W
42-4- 9
ELEGANT
BEAUTY PARLOUR
Farbowanie - Utleniania obcinani
I Układanie Włosów
oraz
wszelkiego rodzaju trwale ondulacle
Wlasć M KARDASIEWICZ
1681 DUNDAS ST W Tel LE 2-78- 51 Toronto Ontario 30S50
Anne's Halrdresslng Salon
728 Queen Sf W
POLSKA FRYZJERKA
z wieloletnią praktyką specjalizuje
się v strzyżeniu farbowaniu 1 ukła- daniu włosów Najładniejsze trwale
ondulacje Ceny umiarkowane
Prósz? tel: EM 8-91-
01 13P
Jedyny Polski Salon
Piękności
Marya's Beaufy Parło?1
Specjalizacja w trwalej
Ondulacji "Permnnent
Waves"
216 Btthurtt St EM 1-44- 32
P e
BIURO TŁUMACZEŃ
lur
J K MICHALSKI
Wizy — Paszporty —
Emigracja Ud
57 QUEEN ST W EM 8-94-
30
(koło Bay) pok 308 Toronto
BP
KWIACIARNIA FORTUNA
KWIATY NA WSZYSTKIE OKAZJE
356 Bathursł St — EM 8-07-
97
naprzeciw szpitala
na północ od Dundus St W
SŁOWIAŃSKI SKŁAD FARB
FARBY — TAPETY — OLEJE
pierwszej Jakości po przystępnych
cenach
Metropolitan Palnt & Wallpaptr Co
Właściciel Ochrym
823 Dundas' St W EM 4-65-
97
15-05-- P
STAN'S CLEANERS
Chemiczna Prainla
Zabieramy do czyszczenia
i prania oraz dostarczamy'
w DZIEŃ I WIECZÓR
994 QueenSt W LE 6-02- 82
1G-05-- P
POLSKI SKLEP OBUWIA
Stanley Shoe Słort
Obuwie najlepszych firm kanadyj-skich
1 angielskich Wszelkie kolory
I rozmiary '
1438 Dundai St W Toronto
Tel LE 5-95- 30 Właściciel ST MAZURKIEWICZ
P
Długoletnia gwarancja
Wielka
wyprzedaż
FUTER
Bogaty wy-bór
najnow-szych
modeli
futer po ce-nach
bezkonk-urencyjnych
Łatwe I dłu-goterminowe
spłaty
Dwa sklepy do Waszej dyiiporycjl
Firma nasza służy Polakom od 34 lat
PRINCESS
Fashion Furs
506 Queen St W EM 3-88- 84
750 Yonge St WA 1-8-
971 P
Zawiadamiamy naszych
KLIENTÓW
ie obecnie próci WĘGLA mamy na
sprzedaż i dostarczamy do domów
olej do opału
"WHITE ROSĘ"
Dzwoń do
POLSKIEJ SKŁADNICY OPAŁU
składu
polskiego
Telefon
RE 2200
406
Gilbert
Avenue
(dwa dwa
ml Tilil & niiil! #W#
y" !"" j ~
'l?
zero zero) -- 1"'' J'
Si
I I
SS !
-
IZLZMS '$ASP
ł i i ii — —i — ii iwmi iJI_ j ŁWŁ-T-TCSll-wie
i wkfowui&isiłiibsit&iss&sit&s ximiiamu
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, July 27, 1957 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1957-07-27 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000123 |
Description
| Title | 000245b |
| OCR text | K U nML Wyszedłszy na ulicę rozejrzał po sklep-ach kupił zwykłą torbę podróżną przybory toa-Ltou- e sportową marynarkę z lichego materiału jjle tanią i wygodną dwie koszule i zmianę bie-- m się j2nv i dopiero iaK wyeKwipowany skinął na 3ks'owkę i kazał się wieść do hotelu Marzył o ypieli i pozbyciu się profesorskiej marynarki Jadąc ulicami Toronta pomyślał w końcu 5 Hance Wysockiej która miała mu być dopiero eraz naprawdę potrzebna Coby zrobiła wiedząc [i prz wiozła ze sobą książkę która warta jest jihony dolarów i przez którą w ciągu ostatnich jilku dni dwóch ludzi straciło życie I że to riasnie on ten jej Marek Zabawa wyprawił }! do diabła? — Roześmiał się na głos — zemdlałaby chyba — stwierdził co było dowo-je- m ze Hanki nie znał Dochodziło południe gdy Marek wykapany jgolony i przebrany w czystą bieliznę kazał sobie przynieść do numeru butelkę whisky i wyciąg-asz} się wygodnie na łóżku nastawił stojące jbok radio Podawano komunikaty Słuchał je {dnm uchem walcząc z ogarniającą go senno- - fla i uiaiego aopiero po cnwin tresc jednego i nich dotarła uo jego świadomości: — Dzisiaj rano — mówił speaker — na orze kolejowym pod Belleville znaleziono trupa sezczyny który prawdopodobnie wypadł z po-- iJoagu L papierów znalezionych przy zwłokach innika ze jest to Marek Zabawa plantator z Jenn który poprzedniego dnia przypłynął do Jontrealu Maiek jak oparzony zerwał się z łóżka — 33hvan' Kretyn! Idiota! — wymyślał sobie na los w pospiechu wciągając spodnie i buty Musi latychmiast skomunikować się z Hanką Wysocką =o usłyszeniu tej wiadomości dziewczyna gotowa oleciec na policję Gotowa nawet jego książkę esobą zabrać B}1 bliski paniki Ostatnia noc w pociągu sukces ucieczki z Montrealu tak uderzyły j głowy ze zapomniał o istnieniu radia i gazet apczywych na wszelkie sensacje Przesadzając po trzy schody zbiegł na doł ochłonął dopiero na ulicy w obliczu budki ilefonicznej na szczęście pustej ¥ — Co cię badruje kochanie? — pytała Ma- - km Wysocka z niepokojem przyglądając się je-%iaez- ce — Czy nie zaziębiłaś się przypadkiem? jiezego bo Mama iyiKo zawsze za cnorooą patrzy Jak możesz tak mówić Haniu Wypluj za- - p jzte słowa You know że ci życzę jak najlepiej !e właśnie dlatego niepokoję się o ciebie Mogłaś łapać w podróży jakiegoś virusa zjeść coś nie- - Hanka westchnęła z rezygnacją Na Mamę e było sposobu Wystarczyło być trochę bled- - farm lub niedaj Boże kichnąć — a już trzęsła i nad nią niczym kwoka nad kurczątkiem Nie otrafiła czy nie chciała zrozumieć że mogą być pe powody złego humoru niż popsuty żołądek J katar A ona właśnie takie "inne" powody miała to poważne Podróż z Montrealu do Toronto była jedną takabrą Gdy ona chciała myśleć o Marku Za-- wie raz jeszcze przezywać chwile spędzone z mmm'Wmp 'O" Aleksander Dumas HRABIA I wrócił biurka ażeby uporządkować brv nnm hnrl7ił sif zwolna Coraz częściej flo się słyszeć skrzypienie drzwi w pokoju pani tel mu Yillefort wreszcie rozległ się wesoiy smiecn --fnecka Yillefort zadzwonił Wszedł lokaj podał aennik następnie przyniósł filiżankę czeko- - t do pa- - da-- i a - Cóż mi przynosisz? — zapytał prokurator K -- przecież ja tego nie żądałem r — Jaśnie pani kazała przynieść mówiąc ze fi a prokurator będzie mieć dużo pracy dziś w ip iyje ppoowcziynmienposisętawprizłetfoiliżpaun&kmęi: n—a sptouleitui wy- - B Villpfort patrzył czas jakiś posępnie na pie- - 4cv f nnnńi w7rlrvpnał sie a następnie led- - pn haustem pochłonął całą z"awartość filiżanki W wstał kilkakrotnie przeszedł się po pu-- W jakby w oczekiwaniu czegoś Następnie za- - M na nowo do pracy Nadeszła pora śniadania rTOKuraior we Po chwili zjawił się w gabinecie ten sam aj — Jaśnie pani — powiedział — poleciła po-dzie- ć nann nrnknratornwi że iest już ubrana Ifragnęlaby pojechać razem na posiedzenie są- - "SI Vi lo(VT-- ł nr71 iotić P73C milP7ał 8 "- - IJlttŁ v-- M - E Tl JłVłł §sfzał z naciskiem: potem U— Powiedz że pragnę pomówić z panią i fjNę by zechciała zaczekać na mnie w swym Ipjii Potem wrócisz i pomożesz mi sie ubrać Lokaj wyszedł a następnie po upływie kilku at wrócił ogolił Villeforta i przygotował dian ty uroczysty ubiór Pani Ho vniQfni-- t moi-rf- a istotnie woół leząc afce i przerzucając ilustrowane pisma które iarrtoir nnr-n-min- y nim ip matka wzięła ikj -- — w puiutijnai tumu j~ - yąrclti iTKn a~ -- oir An wviśpin w kaoelusz mtl Rpk-9wP7i- n i naracnikn leżały na stole rfl _ T„- -t -- - 11 crviVninvm plfl y -- oełies nareszcie — icMa ocj"— o— gf - mój Boże jakiś ty blady! Znów całą noc iramoi-- A vrv""es it ujiiatzego _n:i_e „p„iy„pwintufinin-ć- na śniada- -_ fł No jakże czy weźmiesz mnie z sobą czy tez Brr utusiaia pojecnac sama 3 Yillpfnrt nm trvAwiprł7iał wcale kazał tylko fEiwardek poszedł sie bawić do salonu l-JPa-ni de Villefort spostrzegłszy chłód w rML niu sie męża jego ton ru£nnują-- j it I "agie iiiUlidld — D-- _ a "Jie ojruHi:: — zawułjra!ia — n-n to- VSZVStkO W aaC7vr? H - Gdzie pani przechowuje truciznę której 1 Ja tak skutecznie?' — zapytał sucho i wy- - 13' Btu—u: ae -v-Vmeion oajpowi:e4uiilaoia olncpm iwym: %jid nie rozumiem hycsk w—— Jacek Brzezina nim na statku — George wiercił jej dziurę w brzuchu opowiadając o swoich prawniczych suk-cesach lub zarzucając ją pytaniami na które nie miała ochoty odpowiadać Gdy go poprosiła by ją zostawił w spokoju zaczął się z niej wy-śmiewać że dała sobie zawrócić w głowie przez jakiegoś awanturnika — Nie żaden awanturnik — oburzyła się — lecz plantator z Afryki — Tym gorzej — stwierdził z wściekłością — Znu-dziły mu się murzynki i poszukał sobie białej! — Rozpłakała się wówczas co widząc George za-trzymał samochód i chciał ją objąć Gdy go od-trąciła zaczął przepraszać ze nie myślał zrobić jej przykrości ze poprostu jest zazdrosny ze z tego powodu pewno zgłupiał ale już się poprawi i nie będzie jej więcej dokuczał To gadanie skolei ją doprowadziło do złości Powiedziała mu ze rzeczywiście chyba zgłupiał od czasu jak się ostatni raz widzieli i ze o ile mają zdążyć przed północą do Toronto nich lepiej je-dzie a nie stoi Myślała wówczas że George rzuci się na nią ale zaciął tylko usta i począł jechać jak wariat Bała się ale nie chciała odzywać się do niego Potem zaczęła być głodna ale on nie wykazywał najmniejszej chęci zatrzymania się po drodze i tylko przelatujące mimo zachęcające reklamy restauracji i motelów zmuszały ją do przełykania ślinki W końcu zaczęło jej być na-prawdę smutno Marek Zabawa pożegnał się z nią obojętnie Czyżby rzeczywiście asystował jej na statku jedynie celem przyjemnego spędzenia podróży a po zejściu na ląd odsunął jak zabawkę która spełniła już swoje zadanie i poczęła być nudna? Podobał jej się Nie na tyle by stracić z nim głowę ale wystarczająco by o nim myśleć szczególnie przy Georgu którego zachowanie za-skoczyło ją i zgniewało Nigdy przed tym takim nie był Może w tym trochę jej winy ale cóż on sobie myślał? Była wolna i mogła robić co chcia-ła Powinien być wdzięczny że pozwalały mu być jej "steady" Pr --Jechała do domu głodna zła i zmęczona Nawet radość ojca i matki nie poprawiły jej humoru Poszła zaraz spc:ć odprawiwszy posępne-go jak chmura gradowa Georga zimnym — "thank you" a rodzicom tłumacząc że ją boli głowa Zdawało jej się że te swoje osobiste kło-poty i problemy prześpi Tymczasem nazajutrz wystąpiły jeszcze mocniej Dochodziło południe a ona ani się nawet nie rozpakowała Chodziła kwaśna co spowodo-wało że Matka ku jej ostatecznej rozpaczy do-siadła swojego "chorobowego" konika ojciec zaś nie mogąc się od niej niczego dowiedzieć o wra-żeniach z Europy jak zniosła podróż itp przy-pomniał sobie nagle że musi zajrzeć na roboty " in MONTE CHRISTO li 108 = )'' — Zapytuję cię — odezwał się ponownie yil-lefort — gdzie chowasz truciznę którą zamor dowałaś mego biednego teścia margrabiego de Saint-Mera- n a następnie jego żonę Wawrzyńca Walentynę wreszcie? — O co ty mnie posądzasz! — zawołała pani de Villefort załamując ręce — Odpowiadaj! — Czy przed sędzią stoję czy też przed swym mężem? — A więc ci powiem że stoisz przed sędzią Tak jest tylko przed sędzią! — O panie panie — jęczała oskarżona Zdawało się że chce coś powiedzieć lecz krtań ściśnięta obłąkanym strachem nie wydała głosu — Zaprzeczenia na nic się nie zdadzą Nie będziesz mogła wyprzeć się tych zbrodni dokona-nych z bezwzględnością szatana bez cienia uczuć ludzkich I z taką piekielną zręcznością! Od śmierci pani de Saint-Mera- n wiedziałem że w domu mym przebywa truciciel gdyż zawiadomił mnie o tym od razu d'Avrigny Po śmierci Waw-rzyńca niech mi to Bóg wybaczy podejrzewałem anioła świętą d-ziewecz- kę która nie wiedziała na-wet o tym że grzech na ziemi istnieje Po śmier-ci Walentyny jednak wszystko stało się dla mnie jasne Wiedziałem nie tylko ja lecz wiedzieli i inni Ja sam znam dwie osoby które zorientowały się w zbrodni A ilu jest takich którzy się do-myślają? Toteż wiedz że w tej chwili stoisz nie przed mężem lecz przed sędzią! Pani d Villefort przysłoniła twarz rękoma — Panie — rzekła — nie dowierzaj pozo-rom — Aż tak podła więc jesteś! — zawołał yille-fort — Nie ma w tym nic zresztą dziwnego? Nie-jednokrotnie miałem możność przekonania się że ze zbrodniarzy właśnie truciciele są najnik-czemniej- si Więc i ty jesteś aż do tego stopnia podła że masz czelność zaprzeczać jakkolwiek miałaś dość siły i odwagi by patrzeć spokojnymi oczyma na śmierć czworga ludzi w tym dwojga staruszków i jednej niewinnej dzieweczki Pani de Villefort załamała ręce i padła przed mężem na kolana — Widzę że się przyznajesz Jednak przy-znanie się do "winy w ostatniej chwili nie zmniej-sza w niczym kary! — Kary?! — zawołała pani de Villefort — kary powiadasz panie — Tak jest kary Czy dlatego że aż cztery razy popełniłaś zbrodnię byłaś przekonana że ci' kara nie grozi? A może sądziłaś że żonie pro-kuratora królewskiego wszystko ujść musi bez-karnie O nie pani omyliłaś się srodze Ruszto-wanie czeka zawsze na truciciela Chyba że za-chował resztki trucizny i sam sobie wymierzy karę Nieludzkikrzyk wydarł się zpiersi pani de "2WIĄZKOWIEC" LIPIEC (July) Sobota 27 — 1957 Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone vupjii£ui icacitcu uj ruuau muiii(c ricM juiu luiumu kjui wauauai hi ii MJjlĘ 10 fi u i zniknął co zwykle robił gdy atmosfera domo-wa zgęszczala się i groziła burzą — Może ja ci rozpakuję Haneczko walizki — spytała Mama — Rzeczy się pogniotą — i nie czekając na odpowiedź poszła na górę do pokoju Hanki Była poważnie zaniepokojona — Dziewczyna włóczyła się po świecie przez blisko trzy miesiące Bóg wie co z tego może wynik-nąć a mówiłam że jeszcze za młoda by sama mogła jechać ale ojciec się uparł że to jej do-brze zrobi Akurat zrobiło! — myślała na głos otwierając kufry i walizki Hanka tymczasem rzuciła się na kanapę w salonie i myślała — Kiedy Marek przyjedzie do Toronto? Czy w Montrealu został naprawdę dla-tego ze chciał odnaleźć kolegę czy też aby się od niej odczepić? — Zerwała się by przyjrzeć w lustrze wiszącym nad kominkiem Miała podkrą-żone oczy mimo opalenizny była szara a krótko ucięte i niestarannie rano zaczesane włosy ster-czały na wszystkie strony jak badyle Wyglądała niczym strach na wróble i po raz pierwszy chyba w życiu straciła pewność siebie i zaufanie do swojej urody Dotychczas ona rzucała chłopców Czyżby nadszedł czas kiedy role się zmieniają? Dosyć się już nasłuchała czy podsłuchała o zo-stawionych na lodzie żonach narzeczonych ko-chankach Smiala się z ich głupoty czy łatwowier-nośc- i A tymczasem teraz Zrozpaczona spowro-te- m rzuciła się na kanapę — George by jej tak nie zostawił George by ją tak nie rzucił Geor-ge — już i jego nie była pewna po tej scenie którą mu wczoraj urządziła W halu zadzwonił telefon Niechętnie pod-niosła się Pewno jakaś koleżanka nie mogąca doczekać się ploteczek z szerokiego świata Pod-niosła słuchawkę i usłyszała głos Marka Zaba-wy Nakręcając numer telefoniczny Hanki Wy-sockiej Marek zastanawiał się czy zastanie ją w domu a jeżeli tak to co jej powie Usłyszał jej głos i kamień spadł mu z serca — Hanka? To ja Marek Zabawa! W słuchawce zapanowała cisza i dopiero po chwili zabrzmiał w niej radosny okrzyk — M-arek! — Czy słuchałaś południowego komunikatu w radio? — Nie nie miałem czasu Oh Marek jesteś już w Toronto Zabawa odetchnął Miał szczęście Nie po-trzebował przez telefon tłumaczyć dlaczego żyje kiedy radio podało że znaleziono jego trupa — Przyjechałem nocnym pociągiem — wyjaśniał — Po rozstaniu się z' tobą smutno mi się zrobiło samemu pomyślałem że kolega nie widział mnie w m w y w w-—irt- —w 'V ' v v yillefort Trwoga potworna wykrzywiła jej pię-kną twarz — Jakkolwiek jestem prokuratorem królew-skim — mówił dalej yillefort najzupełniej chło-dnym tonem — nie poślę cię jednak na ruszto-wanie dlatego ze twoja hańba i na moją spadłaby głowę Ale umrzeć musisz Jaką śmiercią — od ciebie zależy Zrozumiałaś mnie chyba? — Nie panie Najzupełniej nie pojmuję zna-czenia twych słów — A więc powiem wyraźniej Jestem prze-konany że żona najwyższego dostojnika sądo-wego w państwie nie okryje hańbą nazwiska do-tąd bez skazy i nie zbezcześci swego męża oraz dziecka — Dziecka? O nie nie — Będzie to dobry uczynek toteż dziękuję ci za to — Dziękujesz? Za co? — Za to co przyrzekłaś — Cóż ja przyrzekłam takiego? W głowie mi się mąci! Bożp! Jakże pociemniało mi w oczach! Ależ ja nic nie słyszę nic nie widzę Myśli uciekają mi z głowy Jakiż w niej ciężar pustka Oszaleję chyba! I zatoczyła się jak pijana z pianą na ustach — Gdzie jest trucizna? — zapytał Villefort raz jeszcze — Nie nie panie ty nie możesz domagać się tego ode mnie — Ja tylko pragnę byś nie zginęła na ru-sztowaniu — Łaski łaski! — Prawo łaski do mnie nie należy Ja jestem po to aby domagać się kary na występnych Każdą inną kobietę choćby to była królowa — wołał Villefort z roziskrzonym wzrokiem — po-słałbym na rusztowanie Dla ciebie jednej będę pobłażliwy i daję ci obietnicę: nie umrzesz z ręki kata o ile zachowałaś resztki swej tru-cizny — W imię dziecka naszego zaklinam! Tak Daruj mi życie abym mogła dziecko wychować — Nie nie nie! Gdybym dla dziecka na szego darował ci życie może byś je kiedy za-mordowała! — Ja miałabym zabić mego syna! Ja mia-łabym podać truciznę memu Edwardkowi I pani de yillefort padła u nóg męża lecz ten odsunął się od niej ze wstrętem — Pamiętaj jeżeli za mym powrotem nie stanie się zadość sprawiedliwości sam wniosę skargę przeciwko tobie o poczwórne morderstwo a wtedy pachołkowie miejscy pochwycą cię bądź tego pewna gdziekolwiekbyś się znajdowała i wtrącą cię do więzienia z którego wyjdziesz na rusztowanie Nieszczęśliwa do której te słowa były zwró-cone leżała bez ruchu u stóp męża Jej rozsze-rzone strachem oczy mówiły tylko że słyszy wszystko i wszystko rozumie — Widzę że mnie zrozumiałaś że mówię do przytomnej — ciągnął nieubłagany yillefort — Teraz idę przed trybunał sędziów przysięgłych domagać się od nich wyroku śmierci na niemniej-szeg- o zbrodniarza Gdy wrócę mam nadzieję że wszystko będzie skończone gdyż inaczej noc któ-ra po tym dniu nastąpi spędziłabyś już w wię-zieniu j Prokurator hrólewsia patrzył na nią czas S'sJf3bia-I- ? 10 lat więc może jeszcze trochę poczekać wsia-dłem na pociąg i melduje się — łgał jak z nut — Oh Marek Tak strasznie się cieszę My-ślałam już że — Zabawa nie miał czasu na westchnienia i czułe słówka — Słuchaj Haniu — przerwał — muszę się z tobą jak najszybciej zobaczyć — Świetnie Przyjedź do mnie Myślał i o tym ale zdecydował że może to być niebezpieczne Na statku widziano go stale w towarzystwie Hanki i ktoś mógł wpaść na pomysł szukania go przez nią — Chętnie ale nie tym razem — odparł Wolałbym gdzieś w restauracji — Gdzie chcesz Marku — Uśmiechnął się Hanka mówiła takim gło-sem że wątpił czy w tej chwili zatrzasnęłaby mu drzwi przed nosem — Nie znam miasta wybierz więc ty jakieś spokojne miejsce j Podała mu adres malej polskiej restauracyj ki na Queenie znanej ze świetnych pierogów w śmietanie i gołąbków — Jak szybko możesz tam być? — spytał — Tatuś pojechał do pracy "stalionwago-nem- " mogę więc wziąść jego Oldsmobila i spot-kać się z tobą za jakieś 15-2- 0 minut — Gdybyś przyjechała pierwsza poczekasz — Poczekam Marku — Acha byłbym zapomniał — wcale byłby nie zapomniał bo myślał o tym od początku wo-lał to jednak na koniec rozmowy zostawić — W walizce w której wiozłaś książki znaj-duje się egzemplarz "Mein Kampf" Hitlera po niemiecku — "Mein Kampf" Hitlera? Nie Marku my-lisz się Takiego świństwa bym nie kupowała i tymbardziej ze sobą nie woziła — A jednak jest tam Sam go włożyłem — Ty włożyłeś? — wybuchnęla śmie-chem — Jakaś kontrabanda? — Nie kontrabanda tylko zwykła książka Włożyłem bo musiałem Opowiem ci dokładnie gdy się zobaczymy Chcę tylko byś książkę tą ze sobą przywiozła Koniecznie! jesteś — Słuchaj Marek czy ty przypadkiem nie — Pijany? Nie! — był raczej zły nie miał bowiem zamiaru przez telefon zbyt wielu rzeczy wyjaśniać — Jeżeli jeszcze swoich książek nie wypakowałaś to zrób to a wówczas tą moją ksiąz kę wśród nich znajdziesz Proszę cię bardzo przy wieź ją ze sobą i nikomu o tym nie wspominaj Za 15 minut czekam cię w restauracji i wówczas wszystko wyjaśnię Bay bay darling — Bay bay — Hanka usłyszała stuk kła-dzionej słuchawki Chwilę stała jak zamroczona zanim i swoją słuchawkę położyła na widełki Powinna być za-dowolona skakać ze szczęścia Marek jest w To-ronto pamiętał o niej zadzwonił A jednak coś ją wstrzymywało Mówił że przyjechał za nią że się stęsknił a tymczasem na końcu wyszło szydło z worka że o jakąś książkę chodzi Pobiegła szybko na górę do swojego pokoju Mama wypróżniała w nim jej kufry starannie wieszając w szafie suknie i układając w szufla-dach bieliznę v v w V V m m T IMV V"V w i jakiś bezlitosnymi oczyma a następnie zamknął drzwi na klucz' Rozdział XVIII SĄD PRZYSIĘGŁYCH "Sprawa Benedykta" jak ją nazywano w całym mieście budziła zwłaszcza w wyższych warstwach Paryża ogromne zainteresowanie Rzekomy książę Cavalcanli stały gość restau-racji Paryskiej Opery Lasku Bulońskiego i wszy-stkich innych miejsc wykwintnej zabawy poza-wiera- ł wiele znajomości kiedy przez krótki czas błyszczał na firmamencie paryskim Znali go wszyscy To też gdy się dostał do więzienia dzienniki przepełnione były opisami jego zbytkownego życia w ostatnich miesiącach a także epizodami z pobytu na galerach Wiele osób uważało jednak że Benedykt jest ofiarą pomyłki Ci ostatni z całą stanowczo-ścią twierdzili że major Cavalcanti lada chwila zjawi się w Paryżu udowodni że jego syn nigdy nie przebywał na galerach i zażąda uwolnienia Już około godziny dziesiątej rano bardzo było rojno w przedsionkach sądu a gdy na koniec otwarto salę na godzinę przed rozpoczęciem po-siedzenia natychmiast miejsca zarezerwowane dla publiczności wypełniły się po brzegi Sala robiła wrażenie jakiegoś arystokratycznego salo-nu Beauchamp lornetował wszystkich na prawo i lewo toteż spostrzegł natychmiast Chateau-Renau- d i Debraya którzy z łaski policjanta do-stali się do środka — Zobaczym więc niedługo naszego przyja-ciela — rzekł dziennikarz — A zobaczymy jaśnie oświeconego księcia — odpowiedział Chateau-Renau- d — Niech diabli wezmą tych zza morza i zza gór przybywających "arystokratów"! — I to takich których protoplastów znaleźć można w "Boskiej komedii" — Zapewne będzie skazany na śmierć? — zapytał dziennikarza Debray — Mój kochany — odpowiedział Beauchamp — to ja raczej powinien bym się ciebie o to za-pytać Przecież ty lepiej niż my dziennikarze znać możesz nastroje sędziów Widziałeśf się za-pewne z prezesem sądu? Cóż on mówił? — Zadziwi cię z pewnością jego zdanie Powiedział że sprawa Benedykta jedynie na sku-tek ubocznych okoliczności nabrała tak wielkiego rozgłosu a w istocie jest bardzo zwyczajna Be-nedykt według jego zdania nie jest jakimś na wielką miarę zbrodniarzem lecz tylko przecię-tnym łotrzykiem — E to wszystko wygląda na snobizm Lecz rzekł do dzien-nikarza — jeżeli ja — Debray — rozmawiałem z prezesem to ty prze-prowadziłeś zapewne wywiad z prokuratorem królewskim? -- r- Nie można było ani marzyć o tym Pan dc yillefort od tygodnia zamknął się w swym gabinecie i z nikim absolutnie nie chciał sie widzieć Nic dziwnego! Tyle ciosów zakończonych tajemniczą śmiercią córki Wtem dał się słyszeć głośny szmer w przy-ległych pokojach a po chwili woźni otwierając drzwi obwieścili uroczystym głosem: — Sąd idzie! Sędziowie zajęli swe miejsca wśród głębo kiej ciszy I 5TR 7 G HRYN DACHÓW naprawa i budowa insulacja (insulation) roboty asfaltowe — rynny 282 Symlngłon Avo LE 2-49- 77 Toronto 1051-- P UWAGA!!! Letnia wyprzedaż ubrań męskich bielizny płazczy z powodu grun- townego remontu sklepu Ceny obniżono o 50% Leon's Clothing 680 Queen St W 42-4- 9 ELEGANT BEAUTY PARLOUR Farbowanie - Utleniania obcinani I Układanie Włosów oraz wszelkiego rodzaju trwale ondulacle Wlasć M KARDASIEWICZ 1681 DUNDAS ST W Tel LE 2-78- 51 Toronto Ontario 30S50 Anne's Halrdresslng Salon 728 Queen Sf W POLSKA FRYZJERKA z wieloletnią praktyką specjalizuje się v strzyżeniu farbowaniu 1 ukła- daniu włosów Najładniejsze trwale ondulacje Ceny umiarkowane Prósz? tel: EM 8-91- 01 13P Jedyny Polski Salon Piękności Marya's Beaufy Parło?1 Specjalizacja w trwalej Ondulacji "Permnnent Waves" 216 Btthurtt St EM 1-44- 32 P e BIURO TŁUMACZEŃ lur J K MICHALSKI Wizy — Paszporty — Emigracja Ud 57 QUEEN ST W EM 8-94- 30 (koło Bay) pok 308 Toronto BP KWIACIARNIA FORTUNA KWIATY NA WSZYSTKIE OKAZJE 356 Bathursł St — EM 8-07- 97 naprzeciw szpitala na północ od Dundus St W SŁOWIAŃSKI SKŁAD FARB FARBY — TAPETY — OLEJE pierwszej Jakości po przystępnych cenach Metropolitan Palnt & Wallpaptr Co Właściciel Ochrym 823 Dundas' St W EM 4-65- 97 15-05-- P STAN'S CLEANERS Chemiczna Prainla Zabieramy do czyszczenia i prania oraz dostarczamy' w DZIEŃ I WIECZÓR 994 QueenSt W LE 6-02- 82 1G-05-- P POLSKI SKLEP OBUWIA Stanley Shoe Słort Obuwie najlepszych firm kanadyj-skich 1 angielskich Wszelkie kolory I rozmiary ' 1438 Dundai St W Toronto Tel LE 5-95- 30 Właściciel ST MAZURKIEWICZ P Długoletnia gwarancja Wielka wyprzedaż FUTER Bogaty wy-bór najnow-szych modeli futer po ce-nach bezkonk-urencyjnych Łatwe I dłu-goterminowe spłaty Dwa sklepy do Waszej dyiiporycjl Firma nasza służy Polakom od 34 lat PRINCESS Fashion Furs 506 Queen St W EM 3-88- 84 750 Yonge St WA 1-8- 971 P Zawiadamiamy naszych KLIENTÓW ie obecnie próci WĘGLA mamy na sprzedaż i dostarczamy do domów olej do opału "WHITE ROSĘ" Dzwoń do POLSKIEJ SKŁADNICY OPAŁU składu polskiego Telefon RE 2200 406 Gilbert Avenue (dwa dwa ml Tilil & niiil! #W# y" !"" j ~ 'l? zero zero) -- 1"'' J' Si I I SS ! - IZLZMS '$ASP ł i i ii — —i — ii iwmi iJI_ j ŁWŁ-T-TCSll-wie i wkfowui&isiłiibsit&iss&sit&s ximiiamu |
Tags
Comments
Post a Comment for 000245b
