000169a |
Previous | 8 of 10 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
m muimhXamA raftWhfe Jim
TmWW
0fóHr
yjIftcMvi'Lr ''ii? STR 6 "ZWIĄZKOWIEC" MAJ (May) Sobót 14 — 1960
ani
i"" "l
( ś'
ii
'
łr' '4'
V
4
niw i r t
1 ivr
- i'-- II '
rp
VI
r
i Jerzy Seweryn
SB RCMKbOIBm€0 Irfcrffftesjrf
(COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC")
Niskie wyjące echo 7awibrowało i zadu-dniło
dookoła Oderwali na sekundę u-F- ta
od ust i zwarli się znów otoczeni ze-wsząd
narastającym grzmotem i warko-tem
ozyłego żelastwa Zaturkotaly gdzieś
niedaleko osuwające się cegły
I nagle poprzez ten głębinowy chro-botliw- y
grmot wypłynął skadciś głuchy
daleki przenikliwy śpiew
"Jak uśmiech dziewczyny kochanej
Grzmot — pauza — i znów jak z
podziemi przenikliwy klarowny modli-tewny
motyw płynący wyżej wyżej
wyej:
jik wiosny budzącej się zew
Odsunęła sie od Mokrzyckiego Szep-nęła
ledwie łapiąc oddech:
— Śpiewa znów Jezus Maria! Co
ona robi' _
— A mech się drze — warknął zu-pełnie
zamroczony — co nam do tego
Wszystko dookoła zadudniło gdyż
prąd wichru przeleciał znów basową ok-tiw- a
przez wypalone studnie oficyn
7 okien parteru runął kłąb kurzu
y-ilomot-aly
osypujące się cegły Wyjące
echo grzmiało długim u-u- -u
— Co nam do tcyo? — szarpnął jej
bluzkę — Nie puść — wywinęła mu
się uścisku 'przebiegła parę kroków w
kierunku schodów wlokąc go za rękę
Hiegl w zupełnej ciemności i potknął
się znów Z całej siły wpiła się paznok-ciami
w jego dlon Stanęła
Połówka okna połyskująca zimnym
światłem była uchylona 1 stamtąd —
wy ej wy ej wyżej:
ja wiem zcś ty disiaj nie laka
że krwawe przeżywasz diś dni
Niski kobiecy kontra)! kołysząc 'ak-samitnymi
skrzydłami skandował powo-li
żałobne nostalgiczne takty Ckliwa
piosenka płynęła jak jakiś chorał jak ja-kiś
niebywSły marsz żałobny w tragicz-nej
a k us tyci milczących ruin Glos od-pływał
wjfk--j 1 wyżej wlókł i kołysał
pljnąl jeszcze wyżej jeszce bardziej ża-łobny
i zrozpaczony Dwa męskie towa-lyszy- ly
mu zdała i cicho i nleludko
liaimonijny trójglos wypełniał każdą
pauzo między uderzeniami wichru
Kontralt nabrzmiewał Izami: to nie czło-wiecza
krtań zachłystywała się gorzkim
it
Józej
autorskie
Wstał ciężko stołu podszedł pro-gu
Pośrodku komodzie stała zaw-sze
spora figura Matki Boskiej gipsu
szacie niebiesko-białe- j rodzaju naj-tańszych
dewocjonalii któiymi przed
laty handlowali domokrążni wiejscy han-dlarze
Pierwszego roku ich pożycia pa-miętał
kupiła nieboszczka żona Tyle
lat! Teraz figura zachwiała się
gwałtownego --ruchu komody Andrzej
chciał podtrzymać jedną ręką nie
rdązjl Gipsowa postać upadła blat
Ażeby pokryć zmieszanie krzyknął
przesadną złością ojca:
Papko schował!
Na mnie? Na mnie ten twój
pistolet?! stary powoli podszedł
komody
Matka Boska leżała bokiem jak zaw-sze
rozłożonymi wzdłuż szat rękami od-łupana
podstawki której pozostała
stopa depcząca sinboliczncgo węża U-szkodz-ony
został również prześwie-cając
białą plamką świeżego gipsu od-bijającą
czystością zbrukanej latami
powierzchni twarzy Wziął ręki figu-rę
zasępiony przyglądał się rażącej bieli
nosa Odruchowo spróbował potrzeć
brudnym palcem Syn się
komody podciągnął spodnie pasku
nie patrzjł jakby dla zatarcia
przjkrego wypadku zmienił temat: po-prosił
zęby ojciec zobaczy stąd
widać dobrze drogę Pawła gy będzie
wracał wozem pracy lotniska
tam pracuje żeby ojciec podszedł
sielsowietu zawiadomił
Jdz idź! Szpiega sobie~znalazl!
Nie był nigdy syszczykiem nie będę!
Andrzej przestępując próg żachnął
się
widza nimi teraz trzyma!
Kogo nimi?
Już wiem mówię
Idż gadzina idź nie
dokończył gdyż głos zadrżał ha-mowanej
pasji
mogą pójść owszem Mnie
nie bieda zęby ojcu tylko uważać
biedy nie było odpowiedział Andrzej
groźnie
Jakaż biedę mnie sulisz)
Wiadomo jaką Co papko
v'idzi robi wokoło czy co? Wszy
"Sulić"
34
smutkiem banalnych zwyklvch człowie-czych
słów brzmiących jak egzekwie
lecz taką jak byłaś pamięci
Ach — wyszeptała cicho Barba-ra
oburącz złapała się głowę
Przestań — krzyknęła oknu Hwo
przestań! Ewo'
tak chciałbym znów krokiem bez-troskim
Opasał Barbarę wpół poczuł jak
nogi uginają się pod nią Całym cięża-rem
ciała oparła jego ramieniu
odwróciła bladą jak maska twarz prze-ciętą
krwawą pręgą zaciśniętych warg
źrenicach migotało widmowe nietu-tejsze
światło Drugim ramieniem oto
jej szyję wtedy znajomym ruchem
jakże znajomym ruchem! przechy
liła głowę bok Jak błyskawica: przy-pomniał
zrozumiał wgłębieniu
pod konchą jej ucha tętniła zawsze mi-kroskopijna
żyłka mikroskopijny sekun-dnik
serca jakaś cieńsza niz włos odno-ga
arterii której pulsowała galopu-jąca
serca krew Umówiony tany
znak: najitymniejszych sekundach
przywierał ustami tego motylowego
tętna echa dalekich głębi ciała
Przechyliła głowę bok- - Żałobna
szeroką falą zachłystując się własnymi
niewyplakanymi suchymi łzami płynął
nad nimi dzwonił nad nimi ekstatyczny
kobiecy śpiew Kontralt dwa męskie
szły naprzeciw nadlatującemu grzmoto-wi
wichru łoskot kurz Przywarł
ustami pulsującej tętnicy Kontralt
potęniflł krystalicznie czysto krystalicz-nie
dźwięcznie:
ujrzeć jak kiedyś młodych
mych
jak mnie Warszawo
Słyszał czul rozumiał tak dzwo-ni
krew Barbary Pil ustami jej dźwięk
zapach Krew miała smak muzykę
Krew miała muzykę szeroką jak ten
śpiew jak Pusc jęknęła cicho
już!
bramy wionęło chmura skłębione-go
kuru żelastwo załomotało trzęsą-cym
się chórem krzyków nawoływań
Basowe wydarło się piwnie
grzmiało górę górę górę pio-nowe
tunele wypalonych ścian poprzez
Mackiewicz 63 Drooa Donikąd
mm~ --w --m nv m mm mwmm mw
Wszystkie prawa zastr2ełon$ M
i-xsxiotsst5i5?o- 5j=!r7=!=r7=5:7=ri==!i "-- i —-g-- g— g w
od i do
—
z v z
ta od
ją i
na
z
do
—
— co
— i do
z
od na
nos
od
do
go
odsunął od
na i
na ojca
jak bo
z z bo
en do
i
—
ja i
— Co to z
— to z
— ja co
— ty ty —
mu z
— Ja to
A ot
—
— to a?
— to nie
co się
1 r
) — obiecywać
tu
w _i
za —
ku —
i
się na
W
cz} I i
— -- -
na
i Tu we
w
do
w
do
z
na
i
i
— w i
do
i za
♦ lat
do
i i —
i i
to — —
Z
i
i
u-u- -u z i
w w w w
I
m j - t n
_ _ : ' _ Liw - : i - a r
na
co
stko tylko o cospodaaaarce swojej myśli
i więcej nic A tu o gospodarce przyjdzie
się zapomnieć o drugim za wszystkim
pomyśleć Teraz gospodarz to kułak ot
jaka rzecz wychodzi A kułakom wiado-mo
gdzie miejsce
— A tyl Szczenię! A ty szczenię!
Ja dla kogo cale życie — Zatkało go w
gardle a gdy tak stal trzymając oburącz
w spracowanych dłoniach gipsową figu-l- ę
zyly nabrzmiały mu na twarzy twarz
poczerwieniała od nabieglej krwi po sa-me
siwe włosy nad czołem i nie zdając
sobie sprawy z tego co czyni trzasnął
raptownie figurą Matki Boskiej o pod-łogę!
Andrzej drgnął spojrzał z ukosa ale
dojrzawszy strasznie wyraziste białka oj-cowych
oczu zmilkł i wyszedł uderzyw-szy
drzwiami Stary stał przez chwilę
oszołomiony wciągnął w nozdrza kwaśny
odór niewietrzonej izby powoli zgiął się
ukląkł na ziemi i z pieczołowitością jął
zbierać rozbite szczątki To co zebrał
położył na komodzie ale później rozmy-ślił
się wyciągnął górną małą szufladę
i tam wsypał te resztki miedzy rupie-cie
Odetchnął ciężko
Onegdaj jeszcze postanowił skosić ka-wałek
łączki za stodołą w sobotę Przez
niedziele planował podeschnie sobie le-ząc
a w poniedziałek zgrabi się w kopki
Ale nie do roboty mu było dzisiejszego
ranka Chyba teraz? Po południu! Wy-szedł
do sieni Za belką pułapu obok
nieużytecznego ziela zbieranego przez
nieboszczkę żonę zeszłego lata tkwiła
zatknięta osełka do kosy Tam też przed
dwoma dniami miedzy to stare ziele
schował bl wepchnąwszy pistolet syna
który mu wpadł pod rękę w szufladzie
komodw Dlaczego to zrobił sam nie
wiedział dokładnie Ot wziął i schował
1 dlaczegoś też nie przyznał się nie po-wiedział
synowi Po prostu tak się" zło-żyło
Teraz sięgnął po osełkę i pomyślał:
"Późno już kosić" 1 nagle zamiast osełki
wyjął pistolet odbezpieczył zarepetował
dzierżąc lufą w dół wyszedł na ganek
na podwórko zatrzymał się — "Nie koło
psiej budy" — Równym krokiem po-szedł
wzdłuż stajni nie patrząc na nic
jak tylko pod nogi Z tjłu nie poznać by
lylo po jego ruchach żadnego wzrusze- -
Inia ale twarz przybrała kolor ziemisty
ten straszliwy martwy łoskot:
jak do mnie Warszawo się śmiejesz-Charczą- cy
zgrzyt przeleciał ponad
szczątkami "dachów Okno przygasło rap-townie
i rozjarzyło się znów Ewa wTaca-I- ł
do refrenu wyolbrzymiała śpiew —
i ca przekór wichurze Śpiew przeszywał
wichurę jak dzwon jak alarm Jak
?larm! W sekundzie pauzy obok Barba-ry
runął ze szczytu odłamek muru Nad
latywał wicher i juz zaczynało grzmieć w
górze kurzyło się chrobotliwe żelazne
wyjące — bliżej
Instynktownie rzucili się ku scho-dom
i tuż za nimi łomotały spadające
cegły Na schodach niemal ogłuszy! ich
spotęgowany przez akustykę głos Ewy
— Ewo przestań! — krzyknęła Barba-bar- a
w ciemność jakgdyby tamta mogła
usłyszeć Na zakręcie schodów biegnąc
potknęła sie o stopień Zdążył pochwy-cić
ją w ostatniei chwili i tak wniósł ja
na rekach aż pod drzwi czując jej gorący
i drgający ciężar Jeszcze przed drzwia-mi
krótki jak błysk piekący do krwi —
pocałunek I przez próg — w śpiew
Wracał z nieprzytomnego strasznego
i szalonego świata Na wargach miał je-szcze
smak krwi i ust Barbary Przetarł
oślepione oczy ręką Pierwsze co spo
strzegł — Ewa
I Stała pod ścianą opierając się pieca- -
mi uśmiechnięta nieprzytomnie i zło-wieszczo
I właśnie — taki rzut ręka
jakby ciskała granat Głos jak granat
— w okno w kamienne martwe baryka-dy
ruin Warszawy Zielone oczy były
diabelskie i straszne wpatrzone w ciem-ny
cel wśród kamiennej' warszawskiej
nocy
— Przestań! — krzyknęła Barbara
— dość juz! Co robisz?
Uśmiechnęła się krzywo blada jak
papier i urwała Zaczerpnęła tchu —
A co? — zapytała wolno i ochryple skan-dując
słowa — a może się nie podoba
co
— Wariatko głupia wariatko! Chcesz
żeby cię szlag
— A może i chcę — roześmiała się
z jakąś zawadiacką goryczą — jak my-ślicie?
— Głupia wariatka Czy ty wiesz —
krzyknęła Barbara do Mokrzyckiego —
ona ma płuca poprzestrzelane na wy-lot
Krzyknąć jej nie wolno nawet a
nie tym bardziej śpiewać Może być krwo-tok
i amen na miejscu
— No to co? Pocałuj mnie w Na-lać!
Jest jeszcze co?
— Jest — wrzasnął Kowalczyk i zła-pał
się za butelkę '— Jest ?" "Więc
przepijmy nasej babci domek mały" —
buchnęła buńczuczna i desperacka me-lodia
— Ewo! Uspokój się I pijesz Nie-szczęścia
chcesz?
— A chcę I piję i śpiewam I w mor
siał na kołku stary chomąt roboczy już
przetarty z wyłażącymi na zewnątrz pa-kułami
zapomniał był wczoraj wnieść
go do sieni długi rzemień suponla zwisał
i snuł się pod nogami Stary zgiął z tru- -
rlrm n1nrv i lnu-- n rnl--n nnHniAcl in
strzepnął założył za obwód chomątu mi- -
nąi stajnię wyszedł na tył stodoły Łącz-ka
była podrośnięta rzeczywiście tylko
ją kosić Przy ścianie stodoły rosło tro-chę
łopuchów kilka mleczy' żółciło się
jeszcze tuląc do bierwion budynku re-szta
już była w okrągłych puchach da-lej
jaskry i sine dzwoneczki polne mię-dzy
liśćmi jasnoty podobnej do pokrzy-wy
zwyczajnie jak to pod stodołą Ku-l- y
grzebią Ostatnim w oczach był
pstry kogut
Na huk strzału pies aż przysiadł na
tylnich łapach szczeknął krotko później
wyciągnąwszy najdłużej jak mógł łań-cuch
szyję i mordę wietrzył w tamtym
kierunku niespokojnie Kury za stodołą
rzuciły się precz w popłochu trzepocząc
skrzydłami ale zatrzymały opodal ufa-jąc
kogutowi który osłaniał ich ucieczkę
i pierwszy stanął patrzył zdumiony jak
z roztrzaskanej czaszki pomiędzy kawał-ki
mózgu i siwe włosy wylewa się krew
Bocząc bocząc kołował kogut nie śmie-j5- c
podejść bliżej i mówił do trwają-cych
w bezruchu kur: "kwooo-kwooo-kwo-k- wo " Obchodził i patrzył: strzą-chnięt- y
puch kilku mleczy osiadł na wło-sach
leżącego — "Kwooo-kw- o " — ko-gut
bal się podejść i dziobnąć w kawałki
mózgu na co miał apetyt a bał się dla-tego
że jedna ręka wyrzucona w tra-wie
prred głowę wciąż jeszcze drżała
długo drżała ręka o krótkich spracowa-nych
palcach i nabrzmiałych pod skó-rą
żyłach krew wylewała się dalej z ra-ny
aż strumień jej dosięgnąl tych pal-ców
i zwolna zaczął zastygać
XXXIII
Budowa podziemnego lotniska wojen-nego
wymagała skunienia nrrpoprrom- -
nych sił roboczych i mechanicznych
roczna droga okazała się w naprawie i
Paweł wyjechawszy z miasta śpiesząc
Aó domu musiał się posuwać w natłoku
pojazdów głównym odcinkiem szosy pro-wadzącej
na lotnisko Akurat w miejscu
rdzie zepsuło sie iedno z aut irincnnrto- -
wych i powstał zator oddział funkcjona
riuszy iKGB i milicji z pistoletami au-tomatycznymi
r)r2ewips7nnvmi na s7vL
lustrował ludzi ciągnących z miasta Pa- -
wet zajęiy powożeniem w ścisku wozów
usłyszał że go ktoś prosi o podwiezienie
i zgodził się nie odwTacając głowy Jego
roboczy wóz nie wzbudził żadnego podej-rzenia
u funkcjonariuszy bezpieczeństwa
Gdy po pewnym czasie obejrzał sie to
aż powiekami zamrugał w zdumieniu:
przygodnym pasażerem okazał się Bo-gucki!
Mało sie zmienił brak mu brio tyBro
dę dam jak trzeba Nalać! Zdrowie An-drzejka!
Jeszcze twojego nie było
Na tle okna z czarną rozdygotaną
szumem i grzmotem warszawską nocą
— uśmiechał się w wózku jedyny przy-tomny
milczący i zagadkowy świetlisty-mi
oczyma Barbary patrzył nieruchomo
i szeroko w zielone drapieżne Ewy —
Nie było — wołał Kowalczyk — nie było
za zdrowie smyka A musowo
— Moj Jędrek byłby starszy już —
powiedziała dobitnie i głośno trzeźwie-jąc
— i podobny
— To tyle co moj Krzysztof — pod-chwycił
Kowalczyk z zawieszoną nad kie-liszkiem
butelką — tyle co mój Ech
Ewa Ewa! Ty to się jeszcze syna doro-bisz
choćby i panieńskiego Ale ja wnu-ka
— już nie
— Nalej więc dziadziu! No? Bo za-śpiewam
— Ewo
— Albo nie Powiem Andrzejkowi
wierszyk Chcesz wierszyk Andrzejku?
— Tak — szepnął cichutko promie-niejąc
— Zaraz Nalejcie! I papierosa wresz
cie panie Mokrzycki A Irena? W pest
kę już?
Mokrzycki spojrzał w kąt Irusia opar
ła czoło o krawędź łóżka na którym spa
li Iza i Marek Plecy jej wstrząsało o- -
kropnę rozpaczliwe bezdźwięczne łka
nie
— Niech się wybeczy — powiedziała
głucho i bardzo spokojnie Ewa — to
ońa tak nad Warszawą Nalane? siup!
Bo Jędrek czeka
— Jakto się szczeniątko cieszy sko-ro
zagadać do niego po ludzku — roz-rzewnił
się pijacko Kowalczyk — też-b- y
chciał pogwarzyć z nami a tu ani rusz:
my swoje dorosłe sprawy w sznapsie ro-zrabiamy
a to to nic tylko czeka aż
ktoś przypomni sobie że tu jeszcze jed
na czlowieczyna dyszy Ech Andrzej!
Czy doczekam się żeby się z tobą jesz-cze
wódy napić? To jak moja Krystyna
w ciąży była poganiałem ją jak mo-głem:
a ródźże prędzej smarkata żeby
ten wnuk mój rychlej w człowieka róść
zaczął żebym przed śmiercią moja zdą-żył
z nim ćwiartuchnę zrobić A jakem
cholera zgadł że wnuk będzie: jeszcze
się nie narodził a juzem w pekao ksią-żeczkę
premiową na Krassowskiego
Krzysztofa złożył po piątaku na miesiąc
a jak się Krystyna rozwiązała to pierw-sze
jej do mnie słowa były: Syn! Ależ
tato masz nosa! Pyfelle — jasnowidzowi
konkurent na sto dwa a Cyganki to mu-cha
przy tacie! — No Ewka a zaiwa- -
niajże ten swój wierszyk bo się nam
pętak z niecierpliwości posika Co An
drzejku?
— Tak — szepnął bezdźwięcznie i
uśmiechnął się szczęśliwie
— Słyszysz Ewka?
okularów na bardzie opalonej niż po-przednio
twarzy Natomiast ubranie jego
było stare wypłowiałe na słońcu ko-szula
bez kołnierzyka Zwrócił się do
Pawła z dawnym uprzejmym uśmie-chem:
— Widzę że to pan jedzie z pustym
wozem więc myślę sobie że nie odmówi
podwieść mnie kawałeczek — Przy so-bie
miał tylko małą paczkę zawiniętą w
gazetę i obwiązaną sznurkiem co mogła
robić wrażenie roboczego posiłku Pa-weł
w ciągu kilku sekund przyglądał się
mu w milczeniu
— Co się z panem działo? — zapytał
wreszcie — Dwa razy zachodziłem —
powiedział choć zachodził tylko raz je-den
— Znikł pan gdzieś Pan wie że
— Ja wiem ja wiem
— Co pan wie?
— Wiem że skończyło się wtedy
nieudaniem
— Taaak — przeciągnął Paweł zło-śliwie
— można to też nazwać: "nieuda-niem"
— No cóż pan chce Ryzyko było
wasze Panowie chcieli zarobić
Paweł nie znalazł odpowiedzi zmu-szony
znów skupić całą uwagę na omi-janiu
jadących Po chwili dopiero zaga-dnął:
— A skąd pan wie?
— Dowiedziałem się
"Posyłał na przeszpiegi" — pomyślał
Paweł W milczeniu dojechali do miejsca
gdzie w bok od szosy prowadziła droga
do cegielni a później przez las ta sama
po której jesienią szedł z ojcem Sera-finem
Paweł chciał zatrzymać się na
rozstajU aby dać wysiąść Boguckiemu
ale ten prosił o podwiezienie go jeszcze
twierdząc że był w tym kierunku a
którą drogą jest mu obojętnie
— Ucieka pan? — spytał Paweł
— Hm
Glina skamieniała na słońcu o wv
schniętych głębokich koleinach nie po
zwalała na szybką jazdę
— No i co pan powie o tym co się
dzieje wokoło? — Bogucki poprawił się
w wozie wstrząsanym na wybojach —
Czegoś podobnego świat nie widział jesz-cze
A nie wiadomo też czy uwierzy jak
mu się opowie
Pawła trzęsła wewnętrzna febra nie-pokoju
o Martę o dom o los własny i
gotów był w tej chwili przeklinać słoń-ce
piekące zmęczenie pragnienie wy-boisto- ść drogi muchy które dokuczał}'
koniowi konia który co chwila przysta-wał
aby tylnią nogą dosięgnąć gryzące
go w brzuch owady Machnął biczem z
irytacją
— Co powiem?! Powiem że wszystko
w porządku Bolszewicy likwidują" swo-ich
wrogów Co pan w tym widzi takiego
ezeeo "świat nie widziai"?! Co i alhn
„„——- "- ~&"
J & J HARDWARE
Polski skład towarów telamycH
farb naeryń kuchennych orai prrr-boró- w
wodociągowych i ognewanlł
J Stefaniak właść
745 Oueen St W - EM 6-48- 63
Solidna obsługa — Niskie ceny
Bezpłatne porady w sprawach kana-Uzac- ji
1 ogrzewania S
llllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllltllll
fOZBĄDl SIC
siwego włosu
będziesz młodszy o latał
RETDNE
bardzo znany Jrodek me-dycyny
nada Twoletnu wło-sowi
kolor pierwotny
I piękny
BEZ UŻYCIA FARB
I UTLENIANIA
Dzisiaj przyślij zamówie
0 1
nie wraz z J2JU na aarts:
ANCHOR DISTRIBUTORS
PO Box 1083 Stałion "C" Toronto Oni
Obecnie do nabcia w
"MIDTOWN DRUCS"
iii Oueen Sł W (róg Palmerston Ave
Toronto Ont — Tel EM 8-72- 00
oraz we wszystkich aptekach
Tysiące podziękowań — Gwarantowany
zwrot pieniędzy w razie niezadowolenia
Proszę pisać o bezpłatne Informacje w
sprawie "Ketone na siwe wlos" l-E- -4
:imiiiiiiiiiiiimiiimiiiiiiimiiiiiiiiiiiii
Słarokrajowa
Apteka
p p Medwidiklch
"Sanitas Pharmacy"
Wysyłka lekarstw do Polski
546 Oueen St W Toronto
(koło Bathuist) EM 3-37-
46
OKULIŚCI
OKULISTA
S BR0G0WSKI 0 D
420 Roncesvalles Av
(bUsko Howard Park)
Godziny przyjęć od 10—6 30 oraz za
telefonicznym porozumieniem Tl LE 1-4-
251 — CL 9-80-
29 I
OKULISTKA
j: t szydłowska
OD PBOA
Badanie oczu dobieranie szkieł 1 do-pasowywanie
"contact lenses" — codziennie od 10—7 soboty włącznie
w innych godzinach za uprzednim
porozumieniom
1063 Bloor Sł West LE 2-87-
93 (rńg Ilaelock) 171'
m-- A
ĄJJ
M S30P ut STUD'o
K ~-- Wi " 'Mory 4 Jnmł Mkrztk
Itak--al- e zB
DENTYŚCI
Dr Władysława
SADAUSKAS
LEKARZ DENTYSTA
(drugi dom od RoncesuUes) Przyjmuje za uprzednim telefo- - nic7nym porozumieniem
LE M250
129 Grenadier Rd 3
DR T L GRANOWSKI
DENTYSTA CHIRURG
Mówi po polsku
Dundas Sł W Torcnlo
Teł EM 8-90-
38
1F
DR W W SYDORUK
DENTYSTA
Przyjmuje po uprzednim
nym porozumieniu
80 Roncesvalles Ave
Tel LE 5-36- 88
1F
Dr V JINDRA
DENTYSTA
zawiadamia pacjentów dr Więcko-wskiego
przyjęciu praktyki u
310 Bloor St W Tel WA 10
Vlzyly za uprzednim pnrozumlealn
łfP
Lunsky ćOlr~Y uftfo
WA 1-39-
24X7 ' 470 College SŁ
Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defe-któw
wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku
H WITKIN - okulista BP1
Badani ociu — Dopasowywani okularów
wypełniani racapt
godziny przyjęć 930— J
599 Bloor St W Toronto Tel LE 51521
(Blisko Palmerston obok Bloor Medical Center)
Wieczorami przyjmuj po uprzednim umówieniu
ST 8-ó2- 4l u
Lach Chiropraclic Clinic
Stanisław J Lach DC Władysław J Lach DC
DOKTORZY CHIROPRAKTYKI
prześwietlenia
124 Roncesvalles Ave — Toronto LE 5-- WJ
Luck Chiropraclic Clinic
BRACIA ŁUKOWSCY
DOKTORZY CHIROPRAKlr
Specjaliści w leczeniu artretyzmu rcumatjimł
nn1i ItintKn rtrt etłinłłl trŁ i ci iil TH li!skuło
stawów oraz zasilania i normowania caiego
1848 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL RO 9-g- g
140 ST ST CATHARINES TEL MU 44UJ
LANDIS PHARMACY
462 Queen St W Toronło EM 8-21- 29
Kasza apteka to punkt gdzie znajdziecie poradę w zabip--
różnch witamin lekarstw dla waszego zdrów iiyKwalifikoww
aptekarz jest dla waszych usług w sprawie wjsjles
karstw do Europy Lekarstwa najwyższej jakości i ś"05?1!
cenach najniższych Gwarantujemy dokładną poradę w 1bor:
kosmetyków Obsłużymy was w waszym ojczystym jęzjku p
APTEKA GARDIANA
Właściciel Tadeusz Gardian
Najstarsza polska apteka w Toronto
Wykonujemy recepty ze wszystkich krajów
Zamówienia wysyłamy natychmiast
Piszcie telefonujcie lub zgłaszajcie się osoDiscie--
Popierajcie polska aptekę
WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POJSW
INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DU
297
UJ~W
Roncesvalles Ave Tel LE 6-3- 0£
W £ucj iujjunuicj ucuu i vu vwfn jpanto nie wróg? kto?] TORONTO OUT
5 - f bil
#i"E fr
TL
54
Telefon
514 —
telefonl
Toronto
LEKARZ
o
telefonicznym
!
—
i
CHURCH
wasz
i
zawsze
I
V-- 5
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, May 14, 1960 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1960-05-14 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000408 |
Description
| Title | 000169a |
| OCR text | m muimhXamA raftWhfe Jim TmWW 0fóHr yjIftcMvi'Lr ''ii? STR 6 "ZWIĄZKOWIEC" MAJ (May) Sobót 14 — 1960 ani i"" "l ( ś' ii ' łr' '4' V 4 niw i r t 1 ivr - i'-- II ' rp VI r i Jerzy Seweryn SB RCMKbOIBm€0 Irfcrffftesjrf (COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC") Niskie wyjące echo 7awibrowało i zadu-dniło dookoła Oderwali na sekundę u-F- ta od ust i zwarli się znów otoczeni ze-wsząd narastającym grzmotem i warko-tem ozyłego żelastwa Zaturkotaly gdzieś niedaleko osuwające się cegły I nagle poprzez ten głębinowy chro-botliw- y grmot wypłynął skadciś głuchy daleki przenikliwy śpiew "Jak uśmiech dziewczyny kochanej Grzmot — pauza — i znów jak z podziemi przenikliwy klarowny modli-tewny motyw płynący wyżej wyżej wyej: jik wiosny budzącej się zew Odsunęła sie od Mokrzyckiego Szep-nęła ledwie łapiąc oddech: — Śpiewa znów Jezus Maria! Co ona robi' _ — A mech się drze — warknął zu-pełnie zamroczony — co nam do tego Wszystko dookoła zadudniło gdyż prąd wichru przeleciał znów basową ok-tiw- a przez wypalone studnie oficyn 7 okien parteru runął kłąb kurzu y-ilomot-aly osypujące się cegły Wyjące echo grzmiało długim u-u- -u — Co nam do tcyo? — szarpnął jej bluzkę — Nie puść — wywinęła mu się uścisku 'przebiegła parę kroków w kierunku schodów wlokąc go za rękę Hiegl w zupełnej ciemności i potknął się znów Z całej siły wpiła się paznok-ciami w jego dlon Stanęła Połówka okna połyskująca zimnym światłem była uchylona 1 stamtąd — wy ej wy ej wyżej: ja wiem zcś ty disiaj nie laka że krwawe przeżywasz diś dni Niski kobiecy kontra)! kołysząc 'ak-samitnymi skrzydłami skandował powo-li żałobne nostalgiczne takty Ckliwa piosenka płynęła jak jakiś chorał jak ja-kiś niebywSły marsz żałobny w tragicz-nej a k us tyci milczących ruin Glos od-pływał wjfk--j 1 wyżej wlókł i kołysał pljnąl jeszcze wyżej jeszce bardziej ża-łobny i zrozpaczony Dwa męskie towa-lyszy- ly mu zdała i cicho i nleludko liaimonijny trójglos wypełniał każdą pauzo między uderzeniami wichru Kontralt nabrzmiewał Izami: to nie czło-wiecza krtań zachłystywała się gorzkim it Józej autorskie Wstał ciężko stołu podszedł pro-gu Pośrodku komodzie stała zaw-sze spora figura Matki Boskiej gipsu szacie niebiesko-białe- j rodzaju naj-tańszych dewocjonalii któiymi przed laty handlowali domokrążni wiejscy han-dlarze Pierwszego roku ich pożycia pa-miętał kupiła nieboszczka żona Tyle lat! Teraz figura zachwiała się gwałtownego --ruchu komody Andrzej chciał podtrzymać jedną ręką nie rdązjl Gipsowa postać upadła blat Ażeby pokryć zmieszanie krzyknął przesadną złością ojca: Papko schował! Na mnie? Na mnie ten twój pistolet?! stary powoli podszedł komody Matka Boska leżała bokiem jak zaw-sze rozłożonymi wzdłuż szat rękami od-łupana podstawki której pozostała stopa depcząca sinboliczncgo węża U-szkodz-ony został również prześwie-cając białą plamką świeżego gipsu od-bijającą czystością zbrukanej latami powierzchni twarzy Wziął ręki figu-rę zasępiony przyglądał się rażącej bieli nosa Odruchowo spróbował potrzeć brudnym palcem Syn się komody podciągnął spodnie pasku nie patrzjł jakby dla zatarcia przjkrego wypadku zmienił temat: po-prosił zęby ojciec zobaczy stąd widać dobrze drogę Pawła gy będzie wracał wozem pracy lotniska tam pracuje żeby ojciec podszedł sielsowietu zawiadomił Jdz idź! Szpiega sobie~znalazl! Nie był nigdy syszczykiem nie będę! Andrzej przestępując próg żachnął się widza nimi teraz trzyma! Kogo nimi? Już wiem mówię Idż gadzina idź nie dokończył gdyż głos zadrżał ha-mowanej pasji mogą pójść owszem Mnie nie bieda zęby ojcu tylko uważać biedy nie było odpowiedział Andrzej groźnie Jakaż biedę mnie sulisz) Wiadomo jaką Co papko v'idzi robi wokoło czy co? Wszy "Sulić" 34 smutkiem banalnych zwyklvch człowie-czych słów brzmiących jak egzekwie lecz taką jak byłaś pamięci Ach — wyszeptała cicho Barba-ra oburącz złapała się głowę Przestań — krzyknęła oknu Hwo przestań! Ewo' tak chciałbym znów krokiem bez-troskim Opasał Barbarę wpół poczuł jak nogi uginają się pod nią Całym cięża-rem ciała oparła jego ramieniu odwróciła bladą jak maska twarz prze-ciętą krwawą pręgą zaciśniętych warg źrenicach migotało widmowe nietu-tejsze światło Drugim ramieniem oto jej szyję wtedy znajomym ruchem jakże znajomym ruchem! przechy liła głowę bok Jak błyskawica: przy-pomniał zrozumiał wgłębieniu pod konchą jej ucha tętniła zawsze mi-kroskopijna żyłka mikroskopijny sekun-dnik serca jakaś cieńsza niz włos odno-ga arterii której pulsowała galopu-jąca serca krew Umówiony tany znak: najitymniejszych sekundach przywierał ustami tego motylowego tętna echa dalekich głębi ciała Przechyliła głowę bok- - Żałobna szeroką falą zachłystując się własnymi niewyplakanymi suchymi łzami płynął nad nimi dzwonił nad nimi ekstatyczny kobiecy śpiew Kontralt dwa męskie szły naprzeciw nadlatującemu grzmoto-wi wichru łoskot kurz Przywarł ustami pulsującej tętnicy Kontralt potęniflł krystalicznie czysto krystalicz-nie dźwięcznie: ujrzeć jak kiedyś młodych mych jak mnie Warszawo Słyszał czul rozumiał tak dzwo-ni krew Barbary Pil ustami jej dźwięk zapach Krew miała smak muzykę Krew miała muzykę szeroką jak ten śpiew jak Pusc jęknęła cicho już! bramy wionęło chmura skłębione-go kuru żelastwo załomotało trzęsą-cym się chórem krzyków nawoływań Basowe wydarło się piwnie grzmiało górę górę górę pio-nowe tunele wypalonych ścian poprzez Mackiewicz 63 Drooa Donikąd mm~ --w --m nv m mm mwmm mw Wszystkie prawa zastr2ełon$ M i-xsxiotsst5i5?o- 5j=!r7=!=r7=5:7=ri==!i "-- i —-g-- g— g w od i do — z v z ta od ją i na z do — — co — i do z od na nos od do go odsunął od na i na ojca jak bo z z bo en do i — ja i — Co to z — to z — ja co — ty ty — mu z — Ja to A ot — — to a? — to nie co się 1 r ) — obiecywać tu w _i za — ku — i się na W cz} I i — -- - na i Tu we w do w do z na i i — w i do i za ♦ lat do i i — i i to — — Z i i u-u- -u z i w w w w I m j - t n _ _ : ' _ Liw - : i - a r na co stko tylko o cospodaaaarce swojej myśli i więcej nic A tu o gospodarce przyjdzie się zapomnieć o drugim za wszystkim pomyśleć Teraz gospodarz to kułak ot jaka rzecz wychodzi A kułakom wiado-mo gdzie miejsce — A tyl Szczenię! A ty szczenię! Ja dla kogo cale życie — Zatkało go w gardle a gdy tak stal trzymając oburącz w spracowanych dłoniach gipsową figu-l- ę zyly nabrzmiały mu na twarzy twarz poczerwieniała od nabieglej krwi po sa-me siwe włosy nad czołem i nie zdając sobie sprawy z tego co czyni trzasnął raptownie figurą Matki Boskiej o pod-łogę! Andrzej drgnął spojrzał z ukosa ale dojrzawszy strasznie wyraziste białka oj-cowych oczu zmilkł i wyszedł uderzyw-szy drzwiami Stary stał przez chwilę oszołomiony wciągnął w nozdrza kwaśny odór niewietrzonej izby powoli zgiął się ukląkł na ziemi i z pieczołowitością jął zbierać rozbite szczątki To co zebrał położył na komodzie ale później rozmy-ślił się wyciągnął górną małą szufladę i tam wsypał te resztki miedzy rupie-cie Odetchnął ciężko Onegdaj jeszcze postanowił skosić ka-wałek łączki za stodołą w sobotę Przez niedziele planował podeschnie sobie le-ząc a w poniedziałek zgrabi się w kopki Ale nie do roboty mu było dzisiejszego ranka Chyba teraz? Po południu! Wy-szedł do sieni Za belką pułapu obok nieużytecznego ziela zbieranego przez nieboszczkę żonę zeszłego lata tkwiła zatknięta osełka do kosy Tam też przed dwoma dniami miedzy to stare ziele schował bl wepchnąwszy pistolet syna który mu wpadł pod rękę w szufladzie komodw Dlaczego to zrobił sam nie wiedział dokładnie Ot wziął i schował 1 dlaczegoś też nie przyznał się nie po-wiedział synowi Po prostu tak się" zło-żyło Teraz sięgnął po osełkę i pomyślał: "Późno już kosić" 1 nagle zamiast osełki wyjął pistolet odbezpieczył zarepetował dzierżąc lufą w dół wyszedł na ganek na podwórko zatrzymał się — "Nie koło psiej budy" — Równym krokiem po-szedł wzdłuż stajni nie patrząc na nic jak tylko pod nogi Z tjłu nie poznać by lylo po jego ruchach żadnego wzrusze- - Inia ale twarz przybrała kolor ziemisty ten straszliwy martwy łoskot: jak do mnie Warszawo się śmiejesz-Charczą- cy zgrzyt przeleciał ponad szczątkami "dachów Okno przygasło rap-townie i rozjarzyło się znów Ewa wTaca-I- ł do refrenu wyolbrzymiała śpiew — i ca przekór wichurze Śpiew przeszywał wichurę jak dzwon jak alarm Jak ?larm! W sekundzie pauzy obok Barba-ry runął ze szczytu odłamek muru Nad latywał wicher i juz zaczynało grzmieć w górze kurzyło się chrobotliwe żelazne wyjące — bliżej Instynktownie rzucili się ku scho-dom i tuż za nimi łomotały spadające cegły Na schodach niemal ogłuszy! ich spotęgowany przez akustykę głos Ewy — Ewo przestań! — krzyknęła Barba-bar- a w ciemność jakgdyby tamta mogła usłyszeć Na zakręcie schodów biegnąc potknęła sie o stopień Zdążył pochwy-cić ją w ostatniei chwili i tak wniósł ja na rekach aż pod drzwi czując jej gorący i drgający ciężar Jeszcze przed drzwia-mi krótki jak błysk piekący do krwi — pocałunek I przez próg — w śpiew Wracał z nieprzytomnego strasznego i szalonego świata Na wargach miał je-szcze smak krwi i ust Barbary Przetarł oślepione oczy ręką Pierwsze co spo strzegł — Ewa I Stała pod ścianą opierając się pieca- - mi uśmiechnięta nieprzytomnie i zło-wieszczo I właśnie — taki rzut ręka jakby ciskała granat Głos jak granat — w okno w kamienne martwe baryka-dy ruin Warszawy Zielone oczy były diabelskie i straszne wpatrzone w ciem-ny cel wśród kamiennej' warszawskiej nocy — Przestań! — krzyknęła Barbara — dość juz! Co robisz? Uśmiechnęła się krzywo blada jak papier i urwała Zaczerpnęła tchu — A co? — zapytała wolno i ochryple skan-dując słowa — a może się nie podoba co — Wariatko głupia wariatko! Chcesz żeby cię szlag — A może i chcę — roześmiała się z jakąś zawadiacką goryczą — jak my-ślicie? — Głupia wariatka Czy ty wiesz — krzyknęła Barbara do Mokrzyckiego — ona ma płuca poprzestrzelane na wy-lot Krzyknąć jej nie wolno nawet a nie tym bardziej śpiewać Może być krwo-tok i amen na miejscu — No to co? Pocałuj mnie w Na-lać! Jest jeszcze co? — Jest — wrzasnął Kowalczyk i zła-pał się za butelkę '— Jest ?" "Więc przepijmy nasej babci domek mały" — buchnęła buńczuczna i desperacka me-lodia — Ewo! Uspokój się I pijesz Nie-szczęścia chcesz? — A chcę I piję i śpiewam I w mor siał na kołku stary chomąt roboczy już przetarty z wyłażącymi na zewnątrz pa-kułami zapomniał był wczoraj wnieść go do sieni długi rzemień suponla zwisał i snuł się pod nogami Stary zgiął z tru- - rlrm n1nrv i lnu-- n rnl--n nnHniAcl in strzepnął założył za obwód chomątu mi- - nąi stajnię wyszedł na tył stodoły Łącz-ka była podrośnięta rzeczywiście tylko ją kosić Przy ścianie stodoły rosło tro-chę łopuchów kilka mleczy' żółciło się jeszcze tuląc do bierwion budynku re-szta już była w okrągłych puchach da-lej jaskry i sine dzwoneczki polne mię-dzy liśćmi jasnoty podobnej do pokrzy-wy zwyczajnie jak to pod stodołą Ku-l- y grzebią Ostatnim w oczach był pstry kogut Na huk strzału pies aż przysiadł na tylnich łapach szczeknął krotko później wyciągnąwszy najdłużej jak mógł łań-cuch szyję i mordę wietrzył w tamtym kierunku niespokojnie Kury za stodołą rzuciły się precz w popłochu trzepocząc skrzydłami ale zatrzymały opodal ufa-jąc kogutowi który osłaniał ich ucieczkę i pierwszy stanął patrzył zdumiony jak z roztrzaskanej czaszki pomiędzy kawał-ki mózgu i siwe włosy wylewa się krew Bocząc bocząc kołował kogut nie śmie-j5- c podejść bliżej i mówił do trwają-cych w bezruchu kur: "kwooo-kwooo-kwo-k- wo " Obchodził i patrzył: strzą-chnięt- y puch kilku mleczy osiadł na wło-sach leżącego — "Kwooo-kw- o " — ko-gut bal się podejść i dziobnąć w kawałki mózgu na co miał apetyt a bał się dla-tego że jedna ręka wyrzucona w tra-wie prred głowę wciąż jeszcze drżała długo drżała ręka o krótkich spracowa-nych palcach i nabrzmiałych pod skó-rą żyłach krew wylewała się dalej z ra-ny aż strumień jej dosięgnąl tych pal-ców i zwolna zaczął zastygać XXXIII Budowa podziemnego lotniska wojen-nego wymagała skunienia nrrpoprrom- - nych sił roboczych i mechanicznych roczna droga okazała się w naprawie i Paweł wyjechawszy z miasta śpiesząc Aó domu musiał się posuwać w natłoku pojazdów głównym odcinkiem szosy pro-wadzącej na lotnisko Akurat w miejscu rdzie zepsuło sie iedno z aut irincnnrto- - wych i powstał zator oddział funkcjona riuszy iKGB i milicji z pistoletami au-tomatycznymi r)r2ewips7nnvmi na s7vL lustrował ludzi ciągnących z miasta Pa- - wet zajęiy powożeniem w ścisku wozów usłyszał że go ktoś prosi o podwiezienie i zgodził się nie odwTacając głowy Jego roboczy wóz nie wzbudził żadnego podej-rzenia u funkcjonariuszy bezpieczeństwa Gdy po pewnym czasie obejrzał sie to aż powiekami zamrugał w zdumieniu: przygodnym pasażerem okazał się Bo-gucki! Mało sie zmienił brak mu brio tyBro dę dam jak trzeba Nalać! Zdrowie An-drzejka! Jeszcze twojego nie było Na tle okna z czarną rozdygotaną szumem i grzmotem warszawską nocą — uśmiechał się w wózku jedyny przy-tomny milczący i zagadkowy świetlisty-mi oczyma Barbary patrzył nieruchomo i szeroko w zielone drapieżne Ewy — Nie było — wołał Kowalczyk — nie było za zdrowie smyka A musowo — Moj Jędrek byłby starszy już — powiedziała dobitnie i głośno trzeźwie-jąc — i podobny — To tyle co moj Krzysztof — pod-chwycił Kowalczyk z zawieszoną nad kie-liszkiem butelką — tyle co mój Ech Ewa Ewa! Ty to się jeszcze syna doro-bisz choćby i panieńskiego Ale ja wnu-ka — już nie — Nalej więc dziadziu! No? Bo za-śpiewam — Ewo — Albo nie Powiem Andrzejkowi wierszyk Chcesz wierszyk Andrzejku? — Tak — szepnął cichutko promie-niejąc — Zaraz Nalejcie! I papierosa wresz cie panie Mokrzycki A Irena? W pest kę już? Mokrzycki spojrzał w kąt Irusia opar ła czoło o krawędź łóżka na którym spa li Iza i Marek Plecy jej wstrząsało o- - kropnę rozpaczliwe bezdźwięczne łka nie — Niech się wybeczy — powiedziała głucho i bardzo spokojnie Ewa — to ońa tak nad Warszawą Nalane? siup! Bo Jędrek czeka — Jakto się szczeniątko cieszy sko-ro zagadać do niego po ludzku — roz-rzewnił się pijacko Kowalczyk — też-b- y chciał pogwarzyć z nami a tu ani rusz: my swoje dorosłe sprawy w sznapsie ro-zrabiamy a to to nic tylko czeka aż ktoś przypomni sobie że tu jeszcze jed na czlowieczyna dyszy Ech Andrzej! Czy doczekam się żeby się z tobą jesz-cze wódy napić? To jak moja Krystyna w ciąży była poganiałem ją jak mo-głem: a ródźże prędzej smarkata żeby ten wnuk mój rychlej w człowieka róść zaczął żebym przed śmiercią moja zdą-żył z nim ćwiartuchnę zrobić A jakem cholera zgadł że wnuk będzie: jeszcze się nie narodził a juzem w pekao ksią-żeczkę premiową na Krassowskiego Krzysztofa złożył po piątaku na miesiąc a jak się Krystyna rozwiązała to pierw-sze jej do mnie słowa były: Syn! Ależ tato masz nosa! Pyfelle — jasnowidzowi konkurent na sto dwa a Cyganki to mu-cha przy tacie! — No Ewka a zaiwa- - niajże ten swój wierszyk bo się nam pętak z niecierpliwości posika Co An drzejku? — Tak — szepnął bezdźwięcznie i uśmiechnął się szczęśliwie — Słyszysz Ewka? okularów na bardzie opalonej niż po-przednio twarzy Natomiast ubranie jego było stare wypłowiałe na słońcu ko-szula bez kołnierzyka Zwrócił się do Pawła z dawnym uprzejmym uśmie-chem: — Widzę że to pan jedzie z pustym wozem więc myślę sobie że nie odmówi podwieść mnie kawałeczek — Przy so-bie miał tylko małą paczkę zawiniętą w gazetę i obwiązaną sznurkiem co mogła robić wrażenie roboczego posiłku Pa-weł w ciągu kilku sekund przyglądał się mu w milczeniu — Co się z panem działo? — zapytał wreszcie — Dwa razy zachodziłem — powiedział choć zachodził tylko raz je-den — Znikł pan gdzieś Pan wie że — Ja wiem ja wiem — Co pan wie? — Wiem że skończyło się wtedy nieudaniem — Taaak — przeciągnął Paweł zło-śliwie — można to też nazwać: "nieuda-niem" — No cóż pan chce Ryzyko było wasze Panowie chcieli zarobić Paweł nie znalazł odpowiedzi zmu-szony znów skupić całą uwagę na omi-janiu jadących Po chwili dopiero zaga-dnął: — A skąd pan wie? — Dowiedziałem się "Posyłał na przeszpiegi" — pomyślał Paweł W milczeniu dojechali do miejsca gdzie w bok od szosy prowadziła droga do cegielni a później przez las ta sama po której jesienią szedł z ojcem Sera-finem Paweł chciał zatrzymać się na rozstajU aby dać wysiąść Boguckiemu ale ten prosił o podwiezienie go jeszcze twierdząc że był w tym kierunku a którą drogą jest mu obojętnie — Ucieka pan? — spytał Paweł — Hm Glina skamieniała na słońcu o wv schniętych głębokich koleinach nie po zwalała na szybką jazdę — No i co pan powie o tym co się dzieje wokoło? — Bogucki poprawił się w wozie wstrząsanym na wybojach — Czegoś podobnego świat nie widział jesz-cze A nie wiadomo też czy uwierzy jak mu się opowie Pawła trzęsła wewnętrzna febra nie-pokoju o Martę o dom o los własny i gotów był w tej chwili przeklinać słoń-ce piekące zmęczenie pragnienie wy-boisto- ść drogi muchy które dokuczał}' koniowi konia który co chwila przysta-wał aby tylnią nogą dosięgnąć gryzące go w brzuch owady Machnął biczem z irytacją — Co powiem?! Powiem że wszystko w porządku Bolszewicy likwidują" swo-ich wrogów Co pan w tym widzi takiego ezeeo "świat nie widziai"?! Co i alhn „„——- "- ~&" J & J HARDWARE Polski skład towarów telamycH farb naeryń kuchennych orai prrr-boró- w wodociągowych i ognewanlł J Stefaniak właść 745 Oueen St W - EM 6-48- 63 Solidna obsługa — Niskie ceny Bezpłatne porady w sprawach kana-Uzac- ji 1 ogrzewania S llllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllltllll fOZBĄDl SIC siwego włosu będziesz młodszy o latał RETDNE bardzo znany Jrodek me-dycyny nada Twoletnu wło-sowi kolor pierwotny I piękny BEZ UŻYCIA FARB I UTLENIANIA Dzisiaj przyślij zamówie 0 1 nie wraz z J2JU na aarts: ANCHOR DISTRIBUTORS PO Box 1083 Stałion "C" Toronto Oni Obecnie do nabcia w "MIDTOWN DRUCS" iii Oueen Sł W (róg Palmerston Ave Toronto Ont — Tel EM 8-72- 00 oraz we wszystkich aptekach Tysiące podziękowań — Gwarantowany zwrot pieniędzy w razie niezadowolenia Proszę pisać o bezpłatne Informacje w sprawie "Ketone na siwe wlos" l-E- -4 :imiiiiiiiiiiiimiiimiiiiiiimiiiiiiiiiiiii Słarokrajowa Apteka p p Medwidiklch "Sanitas Pharmacy" Wysyłka lekarstw do Polski 546 Oueen St W Toronto (koło Bathuist) EM 3-37- 46 OKULIŚCI OKULISTA S BR0G0WSKI 0 D 420 Roncesvalles Av (bUsko Howard Park) Godziny przyjęć od 10—6 30 oraz za telefonicznym porozumieniem Tl LE 1-4- 251 — CL 9-80- 29 I OKULISTKA j: t szydłowska OD PBOA Badanie oczu dobieranie szkieł 1 do-pasowywanie "contact lenses" — codziennie od 10—7 soboty włącznie w innych godzinach za uprzednim porozumieniom 1063 Bloor Sł West LE 2-87- 93 (rńg Ilaelock) 171' m-- A ĄJJ M S30P ut STUD'o K ~-- Wi " 'Mory 4 Jnmł Mkrztk Itak--al- e zB DENTYŚCI Dr Władysława SADAUSKAS LEKARZ DENTYSTA (drugi dom od RoncesuUes) Przyjmuje za uprzednim telefo- - nic7nym porozumieniem LE M250 129 Grenadier Rd 3 DR T L GRANOWSKI DENTYSTA CHIRURG Mówi po polsku Dundas Sł W Torcnlo Teł EM 8-90- 38 1F DR W W SYDORUK DENTYSTA Przyjmuje po uprzednim nym porozumieniu 80 Roncesvalles Ave Tel LE 5-36- 88 1F Dr V JINDRA DENTYSTA zawiadamia pacjentów dr Więcko-wskiego przyjęciu praktyki u 310 Bloor St W Tel WA 10 Vlzyly za uprzednim pnrozumlealn łfP Lunsky ćOlr~Y uftfo WA 1-39- 24X7 ' 470 College SŁ Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defe-któw wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku H WITKIN - okulista BP1 Badani ociu — Dopasowywani okularów wypełniani racapt godziny przyjęć 930— J 599 Bloor St W Toronto Tel LE 51521 (Blisko Palmerston obok Bloor Medical Center) Wieczorami przyjmuj po uprzednim umówieniu ST 8-ó2- 4l u Lach Chiropraclic Clinic Stanisław J Lach DC Władysław J Lach DC DOKTORZY CHIROPRAKTYKI prześwietlenia 124 Roncesvalles Ave — Toronto LE 5-- WJ Luck Chiropraclic Clinic BRACIA ŁUKOWSCY DOKTORZY CHIROPRAKlr Specjaliści w leczeniu artretyzmu rcumatjimł nn1i ItintKn rtrt etłinłłl trŁ i ci iil TH li!skuło stawów oraz zasilania i normowania caiego 1848 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL RO 9-g- g 140 ST ST CATHARINES TEL MU 44UJ LANDIS PHARMACY 462 Queen St W Toronło EM 8-21- 29 Kasza apteka to punkt gdzie znajdziecie poradę w zabip-- różnch witamin lekarstw dla waszego zdrów iiyKwalifikoww aptekarz jest dla waszych usług w sprawie wjsjles karstw do Europy Lekarstwa najwyższej jakości i ś"05?1! cenach najniższych Gwarantujemy dokładną poradę w 1bor: kosmetyków Obsłużymy was w waszym ojczystym jęzjku p APTEKA GARDIANA Właściciel Tadeusz Gardian Najstarsza polska apteka w Toronto Wykonujemy recepty ze wszystkich krajów Zamówienia wysyłamy natychmiast Piszcie telefonujcie lub zgłaszajcie się osoDiscie-- Popierajcie polska aptekę WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POJSW INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DU 297 UJ~W Roncesvalles Ave Tel LE 6-3- 0£ W £ucj iujjunuicj ucuu i vu vwfn jpanto nie wróg? kto?] TORONTO OUT 5 - f bil #i"E fr TL 54 Telefon 514 — telefonl Toronto LEKARZ o telefonicznym ! — i CHURCH wasz i zawsze I V-- 5 |
Tags
Comments
Post a Comment for 000169a
