000464b |
Previous | 11 of 12 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
ft
_ ____ M '
Jerzy Giżycki 39 w
NA POŁUDNIE OD PIEKŁA i
Opowieść z kraiu na południ od tego pikł na ziemi Sahary C
No i (tu nuta histerii wkradła się do jej
głosu) — ani ty ani mój mąż nie mo-żecie
mnie uważać za odpowiedzialną za
moje sny Wiesz jak to jest — jakśni
się nieraz różne niemądre rzeczy"
"Tak wiem Śnimy na przykład o
rzeczach których pragniemy ale które
nie śmiemy robić na jawie z różnych
przyczyn głównie dla tego że boimy
się być przyłapanymi"
Ręka Stelli trzymająca kwiaty zaci-snęła
się na ich długich łodygach Przez
chwilę milczała Potem powiedziała:
"Ken — nieraz myślałam że w tobie
jest dwóch różnych ludzi: jeden dobry
i tolerancyjny drugi egoistyczny i brut-alny
Ale dawniej ten pierwszy hamo-wał
drugiego Zdaje się że teraz po
prawie dwóch latach twego pobytu w
Afryce w tym brutalnym kraju — role
sa odwrócone" Zamilkła na chwilę i do-dała
z rezygnacją w głosie: "Jeżeli tak
jest w istocie — może nawet lepiej że
rzeczy gdy chodzi o nas — tak się uło-żyły
Gniew i uraza Kena zniknęły Porus-zy!
sie nerwowo na ławce
"Byłem niezłym chłopem aż do tej
przeklętej wojny Coś się wówczas we
mnie zmieniło załamało Oczywiście nie
we mnie tylko Po latach nauki mordo-wania
a później stosowania tej nauki
w praktyce — trudno jest wrócić z tej
rzezi takim samym jakim się było przedt-em
Gdy się żyło parę lat z dnia na
dzień nie wiedząc czy ten dzień nie
jest twoim ostatnim — uczy się wydo-bywać
z tego dnia co się da Nie zwra-cając
uwagi na takie 'drobnostki' jak
powszechnie przyjęte zasady etyczne
lub czyjeś uczucia A potem gdy się
wróci — trudno jest hamować brutalną
%ęść swojej natury Natury każdego
człowieka Szczególnie tu w Afryce
Miałaś rację pod tym względeia — to
jest brutalny kraj"
Stella położyła na chwilę swą dłoń
na rękę Kena zaciśniętą na krawędzi
ławki
"Nie mówmy o tym więcej Ken Raz
zdałeś sobie z tego sprawę — pozostaje
nadzieja"
Ken wymusił na awe usta krzywawy
uśmiech "To jest' pocieszająca wiado-mość!"
QC0C0g(C0=0'g=yO(Łg0'
Mana Rodziewiczówna
Pożary i Zgliszcza
OC=Sft=()=S()C=5()C=()=0=g=0=X=S0='X=Xg:=(
— Darujcie wasze wysokorodije! —
- tłumaczył się kozak pokornie — Przy- -
(' sięgam że żyła i nikt jej nie krzywdził
i Rozkaz był pośpiechu wóz trząsł mu- -
(j siała skończyć w drodze! Jej Bohu my
' nie winni! Dostawili w tri miga!
— Won mi z oczu kanalie! A trupa
" oddać księdzu Zmarnowaliście mi śledz--
V two głupcy! Wón"! f Podniósł 'rękę "skinął na oficera do- -
4 wodzącego egzekucją
£ — Kończyć' z nim już niepotrzebny!
— krzyknął wracając do wnętrza domu
' Bęben uderzył przeciągły werbel
Oficer przeczytał wyrok drugi werbel
komenda — dziesięć kul poszło gwiż- -
♦' dżąc piersi ofiary" '
Szukały daremnie życia by je znisz-czyć
pierś męczennika już była głu- -
"4 cha i pusta jak dzwon któremu serce
wydarto!
A sierota płakał głodny coraz ciszej
Stara sługa wyniosła go wreszcie z do-minu
gdzie zjechałamoskiewska admini-stracja
poprzedzając konfiskatę Zabra- -
& z sobą maleństwo na straż gdzie jej
fmąż służył Starzy trwożnie popłakali
-- nad dolą pańską o dziecko nikt się nie
iupomniał Swidowie mieli mało krew-nych
i ci zapomnieli"'- - ó nim w takich
'pasach Ł-&Ą- V
1 W parę tygodni dońiero siwy smut- -
4JIiVv tflilun £--JC„„i1Uitl1 'yiZKQ U!U„U_gl:C UJnUmUlnuconurrrAw
--V — Przygarnęliście synka pana Świ-oy- ?
— spytał piastunki - -
— Tak panieliOdchucKaliśmy drobi-ąc
Jak Bóg dażyćbędźie
z — Niech" wam yBóg zapłaci Dziecko
tyi pan Swida polecił' przysiągłem' mu
(°jcem być więcgo zabiorę "zsobą —'i
"Wat ais -- i ! - - f 5'"j jeaii cncecie „
i Nazajutrz rankiem straż'" zostawiono
Pnstą Sierota njechał do nowego domu
jlMijano lasy-- i pólaTfdwory i wsie stary
buczał łzy ocierając :
1 — Same zgliszcza! szepnął wresz- -
- uu MeniP — - cnmn 7mK7P7ai KnzarKiii
'strawiłeś nam kraj BożeLZabrał wszys-tko
i znowu' zostały tylko wdowy i 'siero- -
IV iat-- i„i i_-_-'- _i n n-- Li f" -- „111 n w- - juł ijuerazy Ujiraiue 'wiciiuib
j — j - & lu iiuna'viui' i' T'I ria liakadole 06 wychowam? —
te-P- o małej 'przerwie"na' dziecko spo- -
siąoając ~ Co jemu życie przyniesie?
'Doinrjakąnagrodę?
„Ąa I dobrzeTże'starzec-patr- ł
I-- t
3TR 43 — BOŻE NARODZENIE
1 :— — # k-s-ik- s-s t
Zapadło żenujące milczenie Po chwi-li
Ken powiedział: "Tak byłem zajęty
pragnieniem zranienia ciebie że "nie
przyszło mi nawet na myśl zapytać —
co właściwie robisz w Bamako?"
"Mój mąż bierze udział w dorocznych
obradach naczelników okręgu Więc
przyjechałam z nim by 'wpaść w wir
życia' tutejszych kilkuset
białych"
Ken skinął głową potakująco "Tak
życie tam w Ganda musi być dla cie-bie
piekielnie nudne"
Stella rzuciła mu ukośne spojrzenie
jak gdyby pragnąc się przekonać czy
nie był to sarkazm Sądząc jednak z wy-razu
jego twarzy mówił to szczerze
Przez chwilę zbierała odwagę wreszcie
powiedziała: "Ken — zrozum mnie na-leżycie
To co powiem nie jestdyktowa-n- e
ani zazdrością ani chęcią odpłacenia
tobie za przykrość jaką mi sprawiłeś"
Ken zwrócił się szybko ku Jiiej Ry-sy
jego twarzy odprężone przed chwilą
znów napięły się nowym skurczem "Tak
Co chcesz' powiedzieć?"
"Życie jakie pędzisz nie jest nor-malne-
Potrzebujesz kogoś na plantacji
Czemu nie ożenisz się z Marie-Louise- ?
Mam wrażenie że jest to miła rozsądna
dziewczyna"
Ken milczał długo Walczył' z silnym
pragnieniem zerwania się z ławki wy-krzyknięcia
brutalnych rzeczy dziewczy-nie
obok niego 2e planował on "nor-malne
życie" — z nią! I że z pewnością
nie sjio to jego wilią że te plany się
rozwiały Że Ale po co? By ją zra-nić
jeszcze więcej? Ta cała historia
przestała mieć sens Mówiąc to przed
chwilą — pragnęła" ona jegołdobra
O tym był przekonany Jedną z cech" któ-ra
mu się ta podobała było że była ona
zawsze zbyt lojalna i szczera by być sar-kastyczną
'
Próbując zmusić się do normalnego
tonu powiedział: "Więc znasz Marię?"
"Nie nie znam Ale wiem o niej
{Zebrałam informacje'!"' "'
"ZWIĄZKOWIEC"
towarzyskiego
Ken poruszył się nerwowo twarz je
go zadrgała "Ach tak! 'Zebrałaś infor-macje!"
"Tak Gdy posłyszałam b twej przy-jaźni
z nią — obawiałam się że pozba-wiony
tak długo towarzystwa białych
' kobiet możesz być łatwą ofiarą jakiejś
OPOO—
JA
ność walczyli dzieciom przypadła w
udziale walka o chleb i życie!
I widziałby starzec jednych co zwi-chnięci
szaleni trawili czas" w biernej
bezmyślnej bezczynności resztkami for-tun
opłacając powierzchowny szał by
nie myśleć! I widziałby innych co roz-proszeni
burzą odarci „z 'mienia rzucali
się w świat walcząc o byt i karierę pra-cą
półwiekową zdobywając naukę i fach
Mogli wiele działać — a "potem przed
głodnym nędzarzem zamykano wszyst-kie
drogi Były' posady służby sposo-by
zarobkowania ale nie dla pariasa Po-laka
Odchodził-odepchnięt- y pogardzo-ny
ż rozpaczą wduszy
Za sobą miał kraj bez- - domu wynisz-czoną
pustynię skazaną na zagładę a
przed nim występował z zaułka geniusz
nędzy socjalizm i w znękaną jego du-szę
kładł trujące ziarna! — I widziałby
starzec-patriot- a że w to samo morze
co przed dwudziestu laty spływało 2
kraju to co czuło kochało i myślało!
Nazwisko swoje rodzinne znajdował wię--'
zień forteczny młody chłopiec na wil-gotnej
ścianie kazamaty a po ojcu zmar-łym
u taczki syn brał grubą świtę ka-torżni- ka
i pod batogiem dozorcy kopał
miedź i srebro na wojsko i policję dla
cara! 1
Dobrze że starzec-patriot- a przyszłoś-ci
ńie mógł widzieć bo może by się nie
cieszył że sierota żył a-ri- ie poszedł za
ojcem i matką! Ą '
?'- - er ii? te? Li & i ft --
-a -- " 'wydarty smiercidaremnie
podczas gdy klęski spadały na okoli-cę
zabierając setki "ofiar miliony fun-duszów
podczas okropnych wypadków
poprzednich rozdziałów był szmat 'ziemi
nie tknięty 'pożogą o gó otaczała wian-kiem
był człowiek? oszczędzany przez
rozbestwionych kozaków i urzędników
W Sterdyniu byłJsDokój Jak za do-brych
czasów szły tu zbiory i ziemne ro-boty
jak za pańszczyzny słuchali tu chło-pi
roiła się służba płynął Wstatek-Ja- k
magiczny krąg otaczał dwór właściciela
zachował nie tknięte miliony pod 'da-rłip- m
swvm Dosiadał Władkę- - '"
" A jednak uleciało odeń -- wiele bart
ozo wiele i nie przyszło zadowolenie i
szczęście Glejt- - murawiowski nie' miał
no Tn Tnntrv' "fi
!
'mi :
awanturnicy' --Wiesz dobrze- - że' mamy
tutaj różnego rodzaju kobiety Bałam
się że możesz się wplątać w jakąś nie-miłą
historię Więc rada byłam- - gdy się
dowiedziałam że Marie-Louis- e nie jest
-- „tego rodzaju" Zaczerwieniła się pod
badawczym wzrokiem Kena
Opanowała go fala wzruszenia Ale
to trzeba było zwalczać Wzruszenie by-ło
niebezpiecznym terenem dla nich
obojga
"Tak Marie jest all right Co zaś do
ożenku z nią — well może i masz rację"
Ken wstał "Sądzę że lepiej pójdę
Sama powiedziałaś że wszystko tu jest
widziane i donoszone Gdzie trzeba
i nie trzeba I tak już siedziałem tu z
tobą zbyt długo żegnaj Stello I bądź
pewna że teraz rozumiem należycie
twoje postępki obecne i- - dawne"
Unosząc ceremonialnie swój hełm
korkowy na wypadek gdyby ich ktoś
obserwował odwrócił się szybko doszedł
po ścieżce z powrotem do ulicy zatrzy-mał
się na chwilę niezdecydowany po-tem
skierował się ku domowi Marie-Louis- e
Oczywiście nie było jej w mieszka-niu
Wyszła ona do biura jeszcze zanim
Ken był całkowicie ubrany Usiadł przy
biurku i biorąc ćwiartkę papieru listo-wego
począł pisać: ' --
"Droga Marie
Muszę opuścić pośpiesznie Bama-ko
Nie będę w stanie widzieć się z
tobą przed odjazdem I nie wiem
kiedy znów się zobaczymy W każ-dym
razie nie prędko
Nie czekaj na mnie Marie I bar-dzo
cię o to proszę — nie miej do
mnie żalu Bądź pewna że moja de-cyzja
nie ma nic do czynienia z tobą
osobiście Mam nadzieję że nie po-myślisz
iż wyjeżdżam gdyż znudzi-łaś
mi się Zresztą gdy o to chodzi
— nasza ostatnia noc musiała ci udo-wodnić
że z pewnością tak nie jest
Wdzięczny
Ken"
Pociągnęła go Marie bo chociaż nie
zdał on sobie wówczas z tego sprawy
— przypominała mu Stellę
Ale teraz gdy nie miał pod tym
względem wątpliwości utrzymywanie
nadal ich stosunku byłoby nielojalnym
Dla wszystkich których ta sprawa do
tyczyła
Po ostatnim kolistym spojrzeniu któ-re
prześlizgnęło się po mieszkaniu Ken
wyszedł na zalany słońcem płaski wierz-- i
chołek pagórka Kuluba — miejsce prze-bywania
rządu kolonialnego Sudanu
francuskiego No i gniazdo plotek oraz
intryg
Rozdział XVIII
Ken [opuścił bungalow Marie-Louis- e
z mocnym postanowieniem nie widzenia
i k --k l
spotykał twarze surowe tchnące najwyż-szym
wstrętem dłoń każda cofała się
gdy on swoją wyciągał gdzie się uka-zał
obecni -- brali za czapki i schodzili mu
z drogi na progu Sterdynia nie postała
polska noga mijano dwór z daleka jak
klątwą tknięty
Wściekły szalony męczarniami py-chy
denuncjował jednego po drugim
dawnych przyjaciół Brano ich na jego
słowo bez śledztwa wywożono daleko
na ich miejsce występowali inni nie-pomni
niebezpieczeństwa siły tego czło-wieka
miażdżyli go coraz sroższą po-gardą
Duch żył jeszcze w społeczeństwie
Czaplicwalczył daremnie był zgubiony
wystawiony u pręgierza skazany na
przekleństwo" bratnie Nazwisko jego po
szło' z powiatu do powiatu z gubęrnii
doguberniiplwali nań nieznajomi:'k'aż-dy'c- o
polską krew miał w żyłach' — dla
Czaplica
t
nie było miejsca w lcraju-Luleci- ał
też od niego szacunek Wład
ki Usta jej milczały nie rzekła musło4
wa o zdradzie mieszkała nawet w Ster-dyniu
-- ale j)n z oczujęj wyczytał-myś- l
i 'przed nią jedną "spuszczał czoło zuch-wałe
którym urągał całemu światu
I była jeszcze jedna rzecz najstras-zniejsza
co dniem i nocą męczyła Cza-plica
była myśl co go nurtowała jak
trucizna gorsza od pogardy bratniej od
wstydu od rozpaczy Trawiony nią jak
żarem piekielnym wił się jakpłazj-zgrzy-ta- ł
zębami szalał besilny I na to nie
miał mocy' glejt murawiowski
Wówczas gdycudem uszedł od par-tii
i dyszał zemstą na Aleksandra Swidę
szpieg doń przyszedł- - jedna zśowych
istot co pełza w-dzie- ń a lata jak nietó--per-z
w nocy i których parę miał-w- e
dworze u siebie przyszedł i opowiedział
mu mniemaną schadzkę Władki Ale-ksandrem
w Studziance
Czaplic zzieleniał słuchał jak' potę-pieniec
wyroku potem jak wąż zwinął
się z bólu i ohydnej złości Nazajutrz
'gorzała Luchnia powstaniec był wyda
ny zgubiony ( Czaplic chciał triumfować
nie mógł-- 1 Za "nim"! jak męka chodziła"
myśl jedna tortura!'
1— Ona go kobha!
Odnajdywał ją w snach' gorączko-wych
mieszała~3mu rozum przerywała
każde zajęcie a ilekroćrpodńiósł 'wzrok
ńa"Władkę 'czytał tpsaino w-je- j oczach
fskhych:' pełnych cichych promieni
na"d wyraz słodkich Wówcźasućiekał
przed siebie bezfcelubęz pamięci ma-rząc- 'o
jakimśj okropnym 'ódweciej
Odwet' sam 'przystedŁ -- Była to porażka'
'pod Krasną Choinką 'CzaplicVodetchnął
Nie było 'Swjdy!f Sam przśdgfabarzami
poszedł' trupa wynaleźć nasycić oczy ty
mi manwymi czionsami urągać wro
gowi nazieiui uuckuku wiicji iuuiu
i iur nntn_ti mi- - iiKinrfioiikfti'umimcuflbna hntcLtwtf-- iirawwi- ihvv niidiiivi uviraaiLiLiiuiiM& nto Tiio TnnPf ŁJJctaa1 atw-- w —- - - w-_- # ——— _rf _C3____-_- _ — _ ___ x-- - i - - „-- _ -i-- ił tf ' C- -t
się z nią więcejLAle8zdawał sobie -- spra-" węże nie'będzie to łatwymW samotne
noce na plantacji pragnienie jej przyja-cielskiej
obecności! jej kształtnego
gładkiego pięknego ciała — będzie
bardzo silne A jednak był przekonany
że jego decyzja była" słuszna że byłoby
obelgą" dla' tej ładnej 'i rozsądnej dziew-czyny
gdyby szukała jej' towarzystwa
ł jej pieszczot — z drugą kobietą obecną
równocześnie w jego myślach
I czuł że gdyby uległ pokusie utrzy-mywania
nadal ich dotychczasowego sto-sunku
— dałoby to md pewną przyjem-ność
oczywiście ale również wiele chwil
obrzydzenia wobec samego siebie i po-gardy
dla swej słabości
Z roztargnieniem kierował samocho-dem
pogrążony w swych niemiłych my-ślach
Wtem coś biało-czarneg- o mignęło
przed chłodnicą rozległ się okrzyk prze-strachu
brzęk tłuczonego szkła
Rzucając cały swój ciężar na pedał
Ken zatrzymał wóz wśród przenikliwe-go
pisku hamulca Wyskakując podbiegł
do małego kształtu leżącego między pra-wym
przednim kołem i brzegiem chod-nika
Był to czarny chłopak — ośmio lub
dziewięcioletni Rozbite naczynie rozsy-pane
wśród tubylczego jedzenia wska-zywało
że niósł on zapewne śniadanie
dla ojca — najprawdopodobniej jedne-go
z plantonów milicjantów przydzielo-nych
do biur rządowych
Gdy Ken pochylał się nad swą chu
dą małą "ofiarą" chłopak poruszył się
potem usiadł Widocznie nie doznał on
poważniejszych obrażeń Zapewne uska
kując w bok przed zbliżającym się sa-mochodem
chłopak potknął się i pada-jąc
uderzył głową w skraj chodnika co
go przejściowo ogłuszyło
Teraz stał pocierając swą kędzierza-wą
głowę a uczucie strachu ustępowało
stopniowo przed innym — żalem z ja-kim
spoglądał na potłuczone naczynie
i rozsypane jedzenie Lada chwila miał
już zapewne wybuchnąć dziecinnym "ry-kiem"
Ken zaczął mówić do niego w
języku Bambara — miejscowym narze-czu
którego nauczył się już nieźle na
plantacji Sięgając spiesznie do kieszeni
wyjął portfel wyciągnął z niego bank
not pokrywający dziesięciokrotnie stratę"
Teraz chłopak nie miał juz ochoty na
beczenie Chwycił banknot i roześmia-ny
powiedział po francusku: "Merci
Monsieur! Nie potrzebuje pan mówić do
mnie w tubylczym języku Ja mówię po "
francusku"
Wyprostowując się dumnie dodał:
"Jestem uczniem Uczę się wszystkiego
Tak jak francuscy chłopcy"
Ken udał że jest bardzo zaintereso-wany
tym faktem "Doprawdy! Uczysz
się wszystkiego? No no! --Naprzykład "„
czego?"
---- --- rfcąj
ż
'i
(ttmiiiimk
jak nie zdobył się na odwagę bronić jej
sam przed assaułą który mu groził ko-zakami
Trupa nie było Swida zginął może
padł w innym miejscu może go pogrze-bali
koledzy Czaplic poszedł po% odpo-wiedź
do Władki
Dziewczynę w parę dni po rozbiciu
partii pani Ordyniec zabrała z Grabów
Brat ją dlatego sprowadził spiesznie zza
granicy Nie było oporu ze strony wy-chowani- cy
przybyła do Sterdynia jak
zwykle spokojna i milcząca ale niekiedy
w zamyśleniu rysy jej przebiegał jasny
błysk radości i nadziei niekiedy zapa-trzona
przed siebie uśmiechała się prze-lotnie
do jakiegoś' obrazu w myśli!
— On żyje! -- - rzekł Czaplic patrząc
nar nią
Cóż znaczyły miliony bezpieczeń-stwo
łaski Aprasjewa wobec tego faktu?
Jemu do szczęścia trzeba było śmierci
Swidy największą' rozkosz sprawiłby mu
jego jęk ostatni
—Żyje! Gdzie? Jak?
Do obłędu dochodził furie" nienawiś-ci
zazdrości 'zemsty odbierały mu sen
siły' zdrowie śliczny uśmiech Władki
burzył mu wszystkie męty w duszy Był
to także męczennik — występku'
O Swidzie wieść zginęła nie zostało
żadnego śladu Szpiegi moskiewskie go
nie znalazły i szpiegi Czaplica wróciły z
niczym i on sam nie był w stanie niczego
się dobadać choć się tym tylko' zaj-mował
A jednak on żył — Czaplic przysiągł- -
by na to!
Tymczasem tygodnie mijały Z po-wiatu
ledwie dyszącego po rabunkach
aresztowaniach i śledztwach ustąpiło
wreszcie wojsko wybrano trzy kontry-bucje
jenerałówie rosyjscy poczęli zjeż
dźać i obejmować pokońfiskowane ma-jątki
szlak -- sybirsM dniem i nocą roił
się zesłańcami ' pędzono Jcałe' osady set-ki
"pokutych'' więźriiówmałe dzieci' ko-biety
"i starców" W Wilnie wznoszono
cerkwie i pamiętniki Aprasjew dostał
order 1 cztery folwarki 'pułkownik Bez--
gałowkm zapiiałsieczystym
Czaplic widział tylko' jak zadnia":
rysyWładki nabierałycoraz- -
go wyrazu -- a bladą znękają' tv
pokrywairumieniec -
-ł-t-ag?
™
Wróg jego1 żył — dziewczynka wie
ą
lAMiiaia V bJłAA łJl0WAaUTVl' f
--
1 juu jju ijucjr ' ueisciiiiej _zapiii wy-chudły
żółty: straszny jak'1uósobieńiet
grzechu kazał''ósiodłać'koniar i ruszył ih
Nie zastałgospodarza„W{ chacie
ra słuźąca' głucha ' zdziczała ży--ciemt- wy lesie" odpowiedziała że' strażnik
ou-swji-u
uoSwnu Dyj„Wiiesie ZTewizją
j Gdzie? Niewiedziała ''Obszaribył
ogromny porosły stuletnią jedliną ifde'-!- Hj
banuVX przerżnięty siecią trzęsawisk $g{
uWfMaw "~o-- „ n_--va-- i-t rWec Br7ve7łn6A HłiAnKarwłhv7łnnwu SlKiiu waputaiaucAwe-m-łior-? cacia -7- n-- nap-2vc_:ł2%e _'_cnwijeS£asDJotsciijnhjttłvUtfSz:c'ziet-Aiwi:cuizł'tiiuw- łi bn- - rViiAT£"sMciwniai urn jauy łA
Ul
' „A
s-"t- & t ą &nw!ifflrt®w$jmm$
V iwi
ŻYCZENIA Z KITCHENER
mtsyT"tU
Z okazji zbliżających się świąt $
tJUZttóU JNAKUDZfcMA NUWfckiO ROKU ?S
Zarząd Carupy 4-- ej zasyła serdeczne życzenia
świąteczne wszystkim Członkom Grupy 4-t- eJ jak
również całej Polonii w Kltchener Życzymy weśo '!
łych świąt B N i Nowego Roku Zdrowia szczęścia Ą
powodzenia Organizacjom Polskim na terenie
Kitchener życzymy pomyślnej owocnej pracy- - dla
dobra Polski całej Polonii w Kanadzie
Grupa 4 ZPwK
Kitchener Ont
'ŻYCZENIA WESOŁYCH ŚWIĄT
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
:mwsm?ś
Zarządowi" Głównemui KPK Zarządom Okręgowi
KPK Księżom Siostrom Zakonnym OraanizaclomT
Polakom w' Kitchener Guelph Preston jiGatt'V
'i -
'" i
u
1
kf--
składa
?
'
i
i
i
i
Zarząd Okręgu KPK Kitchener'
W
'V
£
l
V
I
-
DnlelFa DlaMńnr1
vi
(A'' 5
i
JĄ
i Wi "19
--'(
"sTStc
M
'tl jl uiann a hvhm ma iaa" r
£ 7
:m
ix?:--
m6a#t %mt
Kanadyjskiego Legionu w Kitchener
wraz z Korpusem Pomocniczym PańK
składa najserdeczniejsze1 życzenia W
WESOŁYCH ŚWIAT BOŻEGO ' NARODZENIA- - fl
i SZCZESUWEftO WftWEfiOnOłflT tfłf'
członkom członkiniom wszystkim orcanizaciom H'
polonijnym jak również całej Polonii wKanadzie 't orazttoaaKom wyraju $$
Jan Krynicki prezesi ife
Zaaaia — Kflkrptńr7 'i?A fV &M
Duchowieństwu Członkom Stowarzyszeniom Pck£5
loriii w Kitchener Waterlod' Robakom" w' Polsce)
wlcałym' świecie życzenia"'' ' pffi $'
—-- - — -- —- ' MMVMwM wgw WVWJV i VChU ti t WJjLi£M&
&?mmi
iJlUWalZY&ZCIlie- - KIHrćinDW Armii
Polskiej 'Placówkalii72fll
KITCHENER ONT' :'L '''t#5:
-
ł
7Vvr7JPłNj"IA' 1 nUTAiDłTun MietMtctiicvic!icicii!tcw¥fcwAtii eww5i''i
V! 4WV Ll'-'-- Vt" -
M
'A''''
Z OKAZJI ŚWJĄTBOŹEGO NARODZENIA
I NOWEGO ROKlHtt
'i
A
' ' ' v v :
W
łW-r- l sz
i£lyiM
Walter
rs&mm&f
najlepsze życzenia szczęścia'?! powodzenia zasyła J
rnAim j u ntnuii a oufld
-- MONUMENTS &"MAKERS INGRANITE'
MARBLEBRONZE w&- -
65 ŁH1Z ST N '
(opposlte Anfillcan Church)
4 j BRANCHES
-
'-y- '"
'
aaE MW łB?ttt
A:T
iw
1"
iFUlInTIWA&Tt
H
v
?
'i -- i?
V 1 wi
1
vtó-r- l
{
—
' ' 7 "
-
i
:
wfJ-c- Ł W!'f'--
ŁOiiiiuiy
403 QUEEN ST„ CHATHAM ONT- - CANTON VAULT CO WYOMING: ONT
n5¥
ii --iJJS
-
- '
r '
Vi 1 A?y
JK
TM
ffi 'Ol
f-- J
'
-- fJ
V
MIM '
?
-- !
"-
-
i js% UD
#"%i -- " --1 ą (t'ysir
UfflSflfcl
?HSMtft
ss
rji
w
"4
b:?-- Hf
B?
r
ł- -
-- t
!S
w Łt
sj
uia
fi
y zasyła
:
T¥ V
ł
"'
"fi
- m-- m
W
E--t'' mfi
w
W-- I'
k
IV'
Mi
'
Ki m
PS5
m&
mmit
tt
#
m
££
WW
hŁi I-- %
I
£ W " ±
itiiW : i
n --aw i j t
Sa ? PRZYJEMNyCH'śWV"'B0ŻEGO?NARODZENIA5l#[tk dWł
% nilO S7f!7E5mA WMnwvif -- Dnirtr SGt'nAVak& Shfif %
rumem a SkM v( "ri— -- - łW
baba'
ZPwK
dzień Er- - - r ym mmmmmm cudniejsze' 'ffitó-"- - 'Jm&-r- : v rrffiMWJr J3JW#fi?SBf2s ii '
rczk i?M
r
: i isssrSjŁw i ? mmmmmm $
fe
'U
V"
2? -
-- if łzynwnviru - łj mMmwmmmm
VPORT DALHOUSIEr"' '- -ł S?i OMTAMOiKłiJ X
m§' Dużo itriośdzfolócEjiświcrtlBcóNÓTodEeniafeBfjsKUtó
5ta-- gbi i duzo'S2rzeaNowYmRokuXżyczyMfK4dy lif
ipiai-iw- a
lawm- - sv-- mmłm$mmRmmm®kęmłmMMm
j"!?'i-- rAzz&-i- w n mww-z- v fwR?
U
Wt
& r
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, December 20, 1958 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1958-12-20 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000267 |
Description
| Title | 000464b |
| OCR text | ft _ ____ M ' Jerzy Giżycki 39 w NA POŁUDNIE OD PIEKŁA i Opowieść z kraiu na południ od tego pikł na ziemi Sahary C No i (tu nuta histerii wkradła się do jej głosu) — ani ty ani mój mąż nie mo-żecie mnie uważać za odpowiedzialną za moje sny Wiesz jak to jest — jakśni się nieraz różne niemądre rzeczy" "Tak wiem Śnimy na przykład o rzeczach których pragniemy ale które nie śmiemy robić na jawie z różnych przyczyn głównie dla tego że boimy się być przyłapanymi" Ręka Stelli trzymająca kwiaty zaci-snęła się na ich długich łodygach Przez chwilę milczała Potem powiedziała: "Ken — nieraz myślałam że w tobie jest dwóch różnych ludzi: jeden dobry i tolerancyjny drugi egoistyczny i brut-alny Ale dawniej ten pierwszy hamo-wał drugiego Zdaje się że teraz po prawie dwóch latach twego pobytu w Afryce w tym brutalnym kraju — role sa odwrócone" Zamilkła na chwilę i do-dała z rezygnacją w głosie: "Jeżeli tak jest w istocie — może nawet lepiej że rzeczy gdy chodzi o nas — tak się uło-żyły Gniew i uraza Kena zniknęły Porus-zy! sie nerwowo na ławce "Byłem niezłym chłopem aż do tej przeklętej wojny Coś się wówczas we mnie zmieniło załamało Oczywiście nie we mnie tylko Po latach nauki mordo-wania a później stosowania tej nauki w praktyce — trudno jest wrócić z tej rzezi takim samym jakim się było przedt-em Gdy się żyło parę lat z dnia na dzień nie wiedząc czy ten dzień nie jest twoim ostatnim — uczy się wydo-bywać z tego dnia co się da Nie zwra-cając uwagi na takie 'drobnostki' jak powszechnie przyjęte zasady etyczne lub czyjeś uczucia A potem gdy się wróci — trudno jest hamować brutalną %ęść swojej natury Natury każdego człowieka Szczególnie tu w Afryce Miałaś rację pod tym względeia — to jest brutalny kraj" Stella położyła na chwilę swą dłoń na rękę Kena zaciśniętą na krawędzi ławki "Nie mówmy o tym więcej Ken Raz zdałeś sobie z tego sprawę — pozostaje nadzieja" Ken wymusił na awe usta krzywawy uśmiech "To jest' pocieszająca wiado-mość!" QC0C0g(C0=0'g=yO(Łg0' Mana Rodziewiczówna Pożary i Zgliszcza OC=Sft=()=S()C=5()C=()=0=g=0=X=S0='X=Xg:=( — Darujcie wasze wysokorodije! — - tłumaczył się kozak pokornie — Przy- - (' sięgam że żyła i nikt jej nie krzywdził i Rozkaz był pośpiechu wóz trząsł mu- - (j siała skończyć w drodze! Jej Bohu my ' nie winni! Dostawili w tri miga! — Won mi z oczu kanalie! A trupa " oddać księdzu Zmarnowaliście mi śledz-- V two głupcy! Wón"! f Podniósł 'rękę "skinął na oficera do- - 4 wodzącego egzekucją £ — Kończyć' z nim już niepotrzebny! — krzyknął wracając do wnętrza domu ' Bęben uderzył przeciągły werbel Oficer przeczytał wyrok drugi werbel komenda — dziesięć kul poszło gwiż- - ♦' dżąc piersi ofiary" ' Szukały daremnie życia by je znisz-czyć pierś męczennika już była głu- - "4 cha i pusta jak dzwon któremu serce wydarto! A sierota płakał głodny coraz ciszej Stara sługa wyniosła go wreszcie z do-minu gdzie zjechałamoskiewska admini-stracja poprzedzając konfiskatę Zabra- - & z sobą maleństwo na straż gdzie jej fmąż służył Starzy trwożnie popłakali -- nad dolą pańską o dziecko nikt się nie iupomniał Swidowie mieli mało krew-nych i ci zapomnieli"'- - ó nim w takich 'pasach Ł-&Ą- V 1 W parę tygodni dońiero siwy smut- - 4JIiVv tflilun £--JC„„i1Uitl1 'yiZKQ U!U„U_gl:C UJnUmUlnuconurrrAw --V — Przygarnęliście synka pana Świ-oy- ? — spytał piastunki - - — Tak panieliOdchucKaliśmy drobi-ąc Jak Bóg dażyćbędźie z — Niech" wam yBóg zapłaci Dziecko tyi pan Swida polecił' przysiągłem' mu (°jcem być więcgo zabiorę "zsobą —'i "Wat ais -- i ! - - f 5'"j jeaii cncecie „ i Nazajutrz rankiem straż'" zostawiono Pnstą Sierota njechał do nowego domu jlMijano lasy-- i pólaTfdwory i wsie stary buczał łzy ocierając : 1 — Same zgliszcza! szepnął wresz- - - uu MeniP — - cnmn 7mK7P7ai KnzarKiii 'strawiłeś nam kraj BożeLZabrał wszys-tko i znowu' zostały tylko wdowy i 'siero- - IV iat-- i„i i_-_-'- _i n n-- Li f" -- „111 n w- - juł ijuerazy Ujiraiue 'wiciiuib j — j - & lu iiuna'viui' i' T'I ria liakadole 06 wychowam? — te-P- o małej 'przerwie"na' dziecko spo- - siąoając ~ Co jemu życie przyniesie? 'Doinrjakąnagrodę? „Ąa I dobrzeTże'starzec-patr- ł I-- t 3TR 43 — BOŻE NARODZENIE 1 :— — # k-s-ik- s-s t Zapadło żenujące milczenie Po chwi-li Ken powiedział: "Tak byłem zajęty pragnieniem zranienia ciebie że "nie przyszło mi nawet na myśl zapytać — co właściwie robisz w Bamako?" "Mój mąż bierze udział w dorocznych obradach naczelników okręgu Więc przyjechałam z nim by 'wpaść w wir życia' tutejszych kilkuset białych" Ken skinął głową potakująco "Tak życie tam w Ganda musi być dla cie-bie piekielnie nudne" Stella rzuciła mu ukośne spojrzenie jak gdyby pragnąc się przekonać czy nie był to sarkazm Sądząc jednak z wy-razu jego twarzy mówił to szczerze Przez chwilę zbierała odwagę wreszcie powiedziała: "Ken — zrozum mnie na-leżycie To co powiem nie jestdyktowa-n- e ani zazdrością ani chęcią odpłacenia tobie za przykrość jaką mi sprawiłeś" Ken zwrócił się szybko ku Jiiej Ry-sy jego twarzy odprężone przed chwilą znów napięły się nowym skurczem "Tak Co chcesz' powiedzieć?" "Życie jakie pędzisz nie jest nor-malne- Potrzebujesz kogoś na plantacji Czemu nie ożenisz się z Marie-Louise- ? Mam wrażenie że jest to miła rozsądna dziewczyna" Ken milczał długo Walczył' z silnym pragnieniem zerwania się z ławki wy-krzyknięcia brutalnych rzeczy dziewczy-nie obok niego 2e planował on "nor-malne życie" — z nią! I że z pewnością nie sjio to jego wilią że te plany się rozwiały Że Ale po co? By ją zra-nić jeszcze więcej? Ta cała historia przestała mieć sens Mówiąc to przed chwilą — pragnęła" ona jegołdobra O tym był przekonany Jedną z cech" któ-ra mu się ta podobała było że była ona zawsze zbyt lojalna i szczera by być sar-kastyczną ' Próbując zmusić się do normalnego tonu powiedział: "Więc znasz Marię?" "Nie nie znam Ale wiem o niej {Zebrałam informacje'!"' "' "ZWIĄZKOWIEC" towarzyskiego Ken poruszył się nerwowo twarz je go zadrgała "Ach tak! 'Zebrałaś infor-macje!" "Tak Gdy posłyszałam b twej przy-jaźni z nią — obawiałam się że pozba-wiony tak długo towarzystwa białych ' kobiet możesz być łatwą ofiarą jakiejś OPOO— JA ność walczyli dzieciom przypadła w udziale walka o chleb i życie! I widziałby starzec jednych co zwi-chnięci szaleni trawili czas" w biernej bezmyślnej bezczynności resztkami for-tun opłacając powierzchowny szał by nie myśleć! I widziałby innych co roz-proszeni burzą odarci „z 'mienia rzucali się w świat walcząc o byt i karierę pra-cą półwiekową zdobywając naukę i fach Mogli wiele działać — a "potem przed głodnym nędzarzem zamykano wszyst-kie drogi Były' posady służby sposo-by zarobkowania ale nie dla pariasa Po-laka Odchodził-odepchnięt- y pogardzo-ny ż rozpaczą wduszy Za sobą miał kraj bez- - domu wynisz-czoną pustynię skazaną na zagładę a przed nim występował z zaułka geniusz nędzy socjalizm i w znękaną jego du-szę kładł trujące ziarna! — I widziałby starzec-patriot- a że w to samo morze co przed dwudziestu laty spływało 2 kraju to co czuło kochało i myślało! Nazwisko swoje rodzinne znajdował wię--' zień forteczny młody chłopiec na wil-gotnej ścianie kazamaty a po ojcu zmar-łym u taczki syn brał grubą świtę ka-torżni- ka i pod batogiem dozorcy kopał miedź i srebro na wojsko i policję dla cara! 1 Dobrze że starzec-patriot- a przyszłoś-ci ńie mógł widzieć bo może by się nie cieszył że sierota żył a-ri- ie poszedł za ojcem i matką! Ą ' ?'- - er ii? te? Li & i ft -- -a -- " 'wydarty smiercidaremnie podczas gdy klęski spadały na okoli-cę zabierając setki "ofiar miliony fun-duszów podczas okropnych wypadków poprzednich rozdziałów był szmat 'ziemi nie tknięty 'pożogą o gó otaczała wian-kiem był człowiek? oszczędzany przez rozbestwionych kozaków i urzędników W Sterdyniu byłJsDokój Jak za do-brych czasów szły tu zbiory i ziemne ro-boty jak za pańszczyzny słuchali tu chło-pi roiła się służba płynął Wstatek-Ja- k magiczny krąg otaczał dwór właściciela zachował nie tknięte miliony pod 'da-rłip- m swvm Dosiadał Władkę- - '" " A jednak uleciało odeń -- wiele bart ozo wiele i nie przyszło zadowolenie i szczęście Glejt- - murawiowski nie' miał no Tn Tnntrv' "fi ! 'mi : awanturnicy' --Wiesz dobrze- - że' mamy tutaj różnego rodzaju kobiety Bałam się że możesz się wplątać w jakąś nie-miłą historię Więc rada byłam- - gdy się dowiedziałam że Marie-Louis- e nie jest -- „tego rodzaju" Zaczerwieniła się pod badawczym wzrokiem Kena Opanowała go fala wzruszenia Ale to trzeba było zwalczać Wzruszenie by-ło niebezpiecznym terenem dla nich obojga "Tak Marie jest all right Co zaś do ożenku z nią — well może i masz rację" Ken wstał "Sądzę że lepiej pójdę Sama powiedziałaś że wszystko tu jest widziane i donoszone Gdzie trzeba i nie trzeba I tak już siedziałem tu z tobą zbyt długo żegnaj Stello I bądź pewna że teraz rozumiem należycie twoje postępki obecne i- - dawne" Unosząc ceremonialnie swój hełm korkowy na wypadek gdyby ich ktoś obserwował odwrócił się szybko doszedł po ścieżce z powrotem do ulicy zatrzy-mał się na chwilę niezdecydowany po-tem skierował się ku domowi Marie-Louis- e Oczywiście nie było jej w mieszka-niu Wyszła ona do biura jeszcze zanim Ken był całkowicie ubrany Usiadł przy biurku i biorąc ćwiartkę papieru listo-wego począł pisać: ' -- "Droga Marie Muszę opuścić pośpiesznie Bama-ko Nie będę w stanie widzieć się z tobą przed odjazdem I nie wiem kiedy znów się zobaczymy W każ-dym razie nie prędko Nie czekaj na mnie Marie I bar-dzo cię o to proszę — nie miej do mnie żalu Bądź pewna że moja de-cyzja nie ma nic do czynienia z tobą osobiście Mam nadzieję że nie po-myślisz iż wyjeżdżam gdyż znudzi-łaś mi się Zresztą gdy o to chodzi — nasza ostatnia noc musiała ci udo-wodnić że z pewnością tak nie jest Wdzięczny Ken" Pociągnęła go Marie bo chociaż nie zdał on sobie wówczas z tego sprawy — przypominała mu Stellę Ale teraz gdy nie miał pod tym względem wątpliwości utrzymywanie nadal ich stosunku byłoby nielojalnym Dla wszystkich których ta sprawa do tyczyła Po ostatnim kolistym spojrzeniu któ-re prześlizgnęło się po mieszkaniu Ken wyszedł na zalany słońcem płaski wierz-- i chołek pagórka Kuluba — miejsce prze-bywania rządu kolonialnego Sudanu francuskiego No i gniazdo plotek oraz intryg Rozdział XVIII Ken [opuścił bungalow Marie-Louis- e z mocnym postanowieniem nie widzenia i k --k l spotykał twarze surowe tchnące najwyż-szym wstrętem dłoń każda cofała się gdy on swoją wyciągał gdzie się uka-zał obecni -- brali za czapki i schodzili mu z drogi na progu Sterdynia nie postała polska noga mijano dwór z daleka jak klątwą tknięty Wściekły szalony męczarniami py-chy denuncjował jednego po drugim dawnych przyjaciół Brano ich na jego słowo bez śledztwa wywożono daleko na ich miejsce występowali inni nie-pomni niebezpieczeństwa siły tego czło-wieka miażdżyli go coraz sroższą po-gardą Duch żył jeszcze w społeczeństwie Czaplicwalczył daremnie był zgubiony wystawiony u pręgierza skazany na przekleństwo" bratnie Nazwisko jego po szło' z powiatu do powiatu z gubęrnii doguberniiplwali nań nieznajomi:'k'aż-dy'c- o polską krew miał w żyłach' — dla Czaplica t nie było miejsca w lcraju-Luleci- ał też od niego szacunek Wład ki Usta jej milczały nie rzekła musło4 wa o zdradzie mieszkała nawet w Ster-dyniu -- ale j)n z oczujęj wyczytał-myś- l i 'przed nią jedną "spuszczał czoło zuch-wałe którym urągał całemu światu I była jeszcze jedna rzecz najstras-zniejsza co dniem i nocą męczyła Cza-plica była myśl co go nurtowała jak trucizna gorsza od pogardy bratniej od wstydu od rozpaczy Trawiony nią jak żarem piekielnym wił się jakpłazj-zgrzy-ta- ł zębami szalał besilny I na to nie miał mocy' glejt murawiowski Wówczas gdycudem uszedł od par-tii i dyszał zemstą na Aleksandra Swidę szpieg doń przyszedł- - jedna zśowych istot co pełza w-dzie- ń a lata jak nietó--per-z w nocy i których parę miał-w- e dworze u siebie przyszedł i opowiedział mu mniemaną schadzkę Władki Ale-ksandrem w Studziance Czaplic zzieleniał słuchał jak' potę-pieniec wyroku potem jak wąż zwinął się z bólu i ohydnej złości Nazajutrz 'gorzała Luchnia powstaniec był wyda ny zgubiony ( Czaplic chciał triumfować nie mógł-- 1 Za "nim"! jak męka chodziła" myśl jedna tortura!' 1— Ona go kobha! Odnajdywał ją w snach' gorączko-wych mieszała~3mu rozum przerywała każde zajęcie a ilekroćrpodńiósł 'wzrok ńa"Władkę 'czytał tpsaino w-je- j oczach fskhych:' pełnych cichych promieni na"d wyraz słodkich Wówcźasućiekał przed siebie bezfcelubęz pamięci ma-rząc- 'o jakimśj okropnym 'ódweciej Odwet' sam 'przystedŁ -- Była to porażka' 'pod Krasną Choinką 'CzaplicVodetchnął Nie było 'Swjdy!f Sam przśdgfabarzami poszedł' trupa wynaleźć nasycić oczy ty mi manwymi czionsami urągać wro gowi nazieiui uuckuku wiicji iuuiu i iur nntn_ti mi- - iiKinrfioiikfti'umimcuflbna hntcLtwtf-- iirawwi- ihvv niidiiivi uviraaiLiLiiuiiM& nto Tiio TnnPf ŁJJctaa1 atw-- w —- - - w-_- # ——— _rf _C3____-_- _ — _ ___ x-- - i - - „-- _ -i-- ił tf ' C- -t się z nią więcejLAle8zdawał sobie -- spra-" węże nie'będzie to łatwymW samotne noce na plantacji pragnienie jej przyja-cielskiej obecności! jej kształtnego gładkiego pięknego ciała — będzie bardzo silne A jednak był przekonany że jego decyzja była" słuszna że byłoby obelgą" dla' tej ładnej 'i rozsądnej dziew-czyny gdyby szukała jej' towarzystwa ł jej pieszczot — z drugą kobietą obecną równocześnie w jego myślach I czuł że gdyby uległ pokusie utrzy-mywania nadal ich dotychczasowego sto-sunku — dałoby to md pewną przyjem-ność oczywiście ale również wiele chwil obrzydzenia wobec samego siebie i po-gardy dla swej słabości Z roztargnieniem kierował samocho-dem pogrążony w swych niemiłych my-ślach Wtem coś biało-czarneg- o mignęło przed chłodnicą rozległ się okrzyk prze-strachu brzęk tłuczonego szkła Rzucając cały swój ciężar na pedał Ken zatrzymał wóz wśród przenikliwe-go pisku hamulca Wyskakując podbiegł do małego kształtu leżącego między pra-wym przednim kołem i brzegiem chod-nika Był to czarny chłopak — ośmio lub dziewięcioletni Rozbite naczynie rozsy-pane wśród tubylczego jedzenia wska-zywało że niósł on zapewne śniadanie dla ojca — najprawdopodobniej jedne-go z plantonów milicjantów przydzielo-nych do biur rządowych Gdy Ken pochylał się nad swą chu dą małą "ofiarą" chłopak poruszył się potem usiadł Widocznie nie doznał on poważniejszych obrażeń Zapewne uska kując w bok przed zbliżającym się sa-mochodem chłopak potknął się i pada-jąc uderzył głową w skraj chodnika co go przejściowo ogłuszyło Teraz stał pocierając swą kędzierza-wą głowę a uczucie strachu ustępowało stopniowo przed innym — żalem z ja-kim spoglądał na potłuczone naczynie i rozsypane jedzenie Lada chwila miał już zapewne wybuchnąć dziecinnym "ry-kiem" Ken zaczął mówić do niego w języku Bambara — miejscowym narze-czu którego nauczył się już nieźle na plantacji Sięgając spiesznie do kieszeni wyjął portfel wyciągnął z niego bank not pokrywający dziesięciokrotnie stratę" Teraz chłopak nie miał juz ochoty na beczenie Chwycił banknot i roześmia-ny powiedział po francusku: "Merci Monsieur! Nie potrzebuje pan mówić do mnie w tubylczym języku Ja mówię po " francusku" Wyprostowując się dumnie dodał: "Jestem uczniem Uczę się wszystkiego Tak jak francuscy chłopcy" Ken udał że jest bardzo zaintereso-wany tym faktem "Doprawdy! Uczysz się wszystkiego? No no! --Naprzykład "„ czego?" ---- --- rfcąj ż 'i (ttmiiiimk jak nie zdobył się na odwagę bronić jej sam przed assaułą który mu groził ko-zakami Trupa nie było Swida zginął może padł w innym miejscu może go pogrze-bali koledzy Czaplic poszedł po% odpo-wiedź do Władki Dziewczynę w parę dni po rozbiciu partii pani Ordyniec zabrała z Grabów Brat ją dlatego sprowadził spiesznie zza granicy Nie było oporu ze strony wy-chowani- cy przybyła do Sterdynia jak zwykle spokojna i milcząca ale niekiedy w zamyśleniu rysy jej przebiegał jasny błysk radości i nadziei niekiedy zapa-trzona przed siebie uśmiechała się prze-lotnie do jakiegoś' obrazu w myśli! — On żyje! -- - rzekł Czaplic patrząc nar nią Cóż znaczyły miliony bezpieczeń-stwo łaski Aprasjewa wobec tego faktu? Jemu do szczęścia trzeba było śmierci Swidy największą' rozkosz sprawiłby mu jego jęk ostatni —Żyje! Gdzie? Jak? Do obłędu dochodził furie" nienawiś-ci zazdrości 'zemsty odbierały mu sen siły' zdrowie śliczny uśmiech Władki burzył mu wszystkie męty w duszy Był to także męczennik — występku' O Swidzie wieść zginęła nie zostało żadnego śladu Szpiegi moskiewskie go nie znalazły i szpiegi Czaplica wróciły z niczym i on sam nie był w stanie niczego się dobadać choć się tym tylko' zaj-mował A jednak on żył — Czaplic przysiągł- - by na to! Tymczasem tygodnie mijały Z po-wiatu ledwie dyszącego po rabunkach aresztowaniach i śledztwach ustąpiło wreszcie wojsko wybrano trzy kontry-bucje jenerałówie rosyjscy poczęli zjeż dźać i obejmować pokońfiskowane ma-jątki szlak -- sybirsM dniem i nocą roił się zesłańcami ' pędzono Jcałe' osady set-ki "pokutych'' więźriiówmałe dzieci' ko-biety "i starców" W Wilnie wznoszono cerkwie i pamiętniki Aprasjew dostał order 1 cztery folwarki 'pułkownik Bez-- gałowkm zapiiałsieczystym Czaplic widział tylko' jak zadnia": rysyWładki nabierałycoraz- - go wyrazu -- a bladą znękają' tv pokrywairumieniec - -ł-t-ag? ™ Wróg jego1 żył — dziewczynka wie ą lAMiiaia V bJłAA łJl0WAaUTVl' f -- 1 juu jju ijucjr ' ueisciiiiej _zapiii wy-chudły żółty: straszny jak'1uósobieńiet grzechu kazał''ósiodłać'koniar i ruszył ih Nie zastałgospodarza„W{ chacie ra słuźąca' głucha ' zdziczała ży--ciemt- wy lesie" odpowiedziała że' strażnik ou-swji-u uoSwnu Dyj„Wiiesie ZTewizją j Gdzie? Niewiedziała ''Obszaribył ogromny porosły stuletnią jedliną ifde'-!- Hj banuVX przerżnięty siecią trzęsawisk $g{ uWfMaw "~o-- „ n_--va-- i-t rWec Br7ve7łn6A HłiAnKarwłhv7łnnwu SlKiiu waputaiaucAwe-m-łior-? cacia -7- n-- nap-2vc_:ł2%e _'_cnwijeS£asDJotsciijnhjttłvUtfSz:c'ziet-Aiwi:cuizł'tiiuw- łi bn- - rViiAT£"sMciwniai urn jauy łA Ul ' „A s-"t- & t ą &nw!ifflrt®w$jmm$ V iwi ŻYCZENIA Z KITCHENER mtsyT"tU Z okazji zbliżających się świąt $ tJUZttóU JNAKUDZfcMA NUWfckiO ROKU ?S Zarząd Carupy 4-- ej zasyła serdeczne życzenia świąteczne wszystkim Członkom Grupy 4-t- eJ jak również całej Polonii w Kltchener Życzymy weśo '! łych świąt B N i Nowego Roku Zdrowia szczęścia Ą powodzenia Organizacjom Polskim na terenie Kitchener życzymy pomyślnej owocnej pracy- - dla dobra Polski całej Polonii w Kanadzie Grupa 4 ZPwK Kitchener Ont 'ŻYCZENIA WESOŁYCH ŚWIĄT SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU :mwsm?ś Zarządowi" Głównemui KPK Zarządom Okręgowi KPK Księżom Siostrom Zakonnym OraanizaclomT Polakom w' Kitchener Guelph Preston jiGatt'V 'i - '" i u 1 kf-- składa ? ' i i i i Zarząd Okręgu KPK Kitchener' W 'V £ l V I - DnlelFa DlaMńnr1 vi (A'' 5 i JĄ i Wi "19 --'( "sTStc M 'tl jl uiann a hvhm ma iaa" r £ 7 :m ix?:-- m6a#t %mt Kanadyjskiego Legionu w Kitchener wraz z Korpusem Pomocniczym PańK składa najserdeczniejsze1 życzenia W WESOŁYCH ŚWIAT BOŻEGO ' NARODZENIA- - fl i SZCZESUWEftO WftWEfiOnOłflT tfłf' członkom członkiniom wszystkim orcanizaciom H' polonijnym jak również całej Polonii wKanadzie 't orazttoaaKom wyraju $$ Jan Krynicki prezesi ife Zaaaia — Kflkrptńr7 'i?A fV &M Duchowieństwu Członkom Stowarzyszeniom Pck£5 loriii w Kitchener Waterlod' Robakom" w' Polsce) wlcałym' świecie życzenia"'' ' pffi $' —-- - — -- —- ' MMVMwM wgw WVWJV i VChU ti t WJjLi£M& &?mmi iJlUWalZY&ZCIlie- - KIHrćinDW Armii Polskiej 'Placówkalii72fll KITCHENER ONT' :'L '''t#5: - ł 7Vvr7JPłNj"IA' 1 nUTAiDłTun MietMtctiicvic!icicii!tcw¥fcwAtii eww5i''i V! 4WV Ll'-'-- Vt" - M 'A'''' Z OKAZJI ŚWJĄTBOŹEGO NARODZENIA I NOWEGO ROKlHtt 'i A ' ' ' v v : W łW-r- l sz i£lyiM Walter rs&mm&f najlepsze życzenia szczęścia'?! powodzenia zasyła J rnAim j u ntnuii a oufld -- MONUMENTS &"MAKERS INGRANITE' MARBLEBRONZE w&- - 65 ŁH1Z ST N ' (opposlte Anfillcan Church) 4 j BRANCHES - '-y- '" ' aaE MW łB?ttt A:T iw 1" iFUlInTIWA&Tt H v ? 'i -- i? V 1 wi 1 vtó-r- l { — ' ' 7 " - i : wfJ-c- Ł W!'f'-- ŁOiiiiuiy 403 QUEEN ST„ CHATHAM ONT- - CANTON VAULT CO WYOMING: ONT n5¥ ii --iJJS - - ' r ' Vi 1 A?y JK TM ffi 'Ol f-- J ' -- fJ V MIM ' ? -- ! "- - i js% UD #"%i -- " --1 ą (t'ysir UfflSflfcl ?HSMtft ss rji w "4 b:?-- Hf B? r ł- - -- t !S w Łt sj uia fi y zasyła : T¥ V ł "' "fi - m-- m W E--t'' mfi w W-- I' k IV' Mi ' Ki m PS5 m& mmit tt # m ££ WW hŁi I-- % I £ W " ± itiiW : i n --aw i j t Sa ? PRZYJEMNyCH'śWV"'B0ŻEGO?NARODZENIA5l#[tk dWł % nilO S7f!7E5mA WMnwvif -- Dnirtr SGt'nAVak& Shfif % rumem a SkM v( "ri— -- - łW baba' ZPwK dzień Er- - - r ym mmmmmm cudniejsze' 'ffitó-"- - 'Jm&-r- : v rrffiMWJr J3JW#fi?SBf2s ii ' rczk i?M r : i isssrSjŁw i ? mmmmmm $ fe 'U V" 2? - -- if łzynwnviru - łj mMmwmmmm VPORT DALHOUSIEr"' '- -ł S?i OMTAMOiKłiJ X m§' Dużo itriośdzfolócEjiświcrtlBcóNÓTodEeniafeBfjsKUtó 5ta-- gbi i duzo'S2rzeaNowYmRokuXżyczyMfK4dy lif ipiai-iw- a lawm- - sv-- mmłm$mmRmmm®kęmłmMMm j"!?'i-- rAzz&-i- w n mww-z- v fwR? U Wt & r |
Tags
Comments
Post a Comment for 000464b
